WYPRAWA SKUTEROWA CZĘŚĆ 4 + PARĘ WESOŁYCH HISTORII.

Co prawda od zakończenia mojego rajdu po Sri Lance minęło już kilka miesięcy, ale chcąc zachować chronologię wydarzeń muszę opisać to co wydarzyło się po tym jak (tak jak opisywałem) po kilkugodzinnej jeździe drogą a la koryto rzeki dotarłem na południe do Weligamy.

Tak więc dojechawszy na miejsce byłem tak wykończony, że stać mnie było jedynie na wypicie kilku browców, po czym nastąpił totalny odlot i obudziłem się następnego dnia o 10.  Surfing villa prowadzona przez moich dobrych znajomych z Polski czyli Basię i Artura Nowaków ma coś takiego w sobie , co sprawia, że czujesz się tam jak w domu i nie bardzo chce ci się wychodzić choćby na plażę, która jest dosłownie 30 m za bramą. Leżę więc przy basenie na materacu, dłubię w nosie i na wszystko mam wywalone. Ekipa z Polski, którą mam obwieźć po wyspie ma dojechać dopiero za kilka dni, więc spokojna czaszka- mam czas! Mogę robić nic, bez żadnych ograniczeń! Zanim ta luzacka atmosfera ogarnie mnie bez reszty , przypominam sobie, że przecież mam plan do wykonania. Ten plan to objechanie Sri lanki na skuterze i tak naprawdę zostało mi jeszcze południowe i zachodnie wybrzeże a to kupa roboty, że się tak wyrażę… Następnego dnia pakuję się więc na skuter i walę na wschód żeby zobaczyć plażę Tangalle, o której słyszałem sporo dobrego, oraz latarnie morską we wsi Dondra, będącą najbardziej na południe wysuniętym kawałkiem Sri Lanki. Po przejechaniu 30km dojeżdżam do Matary i tu od razu mały szok. To nie jest wschodnia Sri Lanka, gdzie można przez 20 km jechać pustą drogą, spotykając na drodze jedynie krowę, bądź psa. Tutaj jest kocioł! I to kuźwa jaki!!! Stoję w korku jak ta pipa grochowa i nic nie mogę zrobić. Próbuję z lewej, z prawej, ale gdzie tam! Do każdych świateł trzeba odstać swoje, a że słońce wali na pecynę niczym jakieś potężne solarium, to po kilkunastu minutach zaczynam się poważnie zastanawiać, czy na najbliższym skrzyżowaniu nie zawrócić do domu i nie uwalić się znowu przy basenie. Na szczęście ominąwszy centrum miasta w postaci dworca autobusowego przebijam się wreszcie przez to piekło wrzucam 80 na godzinę i walę do przodu wolny niczym ptak. Po jakimś czasie konstatuję, że jestem w Dondra, ale oczywiście jak do tej latarni dojechać to już ni chuja- żadnego znaku ani najmniejszej choćby tabliczki. Po zapytaniu z 10 tubylców, z których każdy prawi mi zupełnie coś innego, odnajduję wreszcie jakąś wąska dróżkę stromo wspinającą się w górę a potem w dół. No mam to w końcu! Szczerze mówiąc, miejsce to zajmuje w moim rankingu najbardziej odlotowych lankijskich miejscówek jedno z najwyższych lokat. Jest tam po prostu przepięknie. Biała latarnia wyrasta spośród zielonych palm i czarnych skał na białej piaszczystej plaży. Ocean mega turkusowy, co potęguje jeszcze wrażenie niesamowitości tego miejsca!

Cała gawiedź, która tam przybyła, stoi i podziwia w odległości 200-300m bo od latarni odgradza nas zamknięta brama i mur który stromo opada na skały poniżej. Rozglądam się uważnie i po chwili znajduje małe schodki którymi można przedostać się na dół a następnie bezpośrednio pod latarnię. Złażę, choć jakiś tubylec ostrzega, że nie wolno i że zaraz pogonią. Pogonią to pogonią, przecież nie rozstrzelają a ja po prostu muszę to zobaczyć z bliska. Po kilku minutach stoję dosłownie vis a vis latarni i dech mi zapiera ze szczęścia! Nieopodal jakieś gnojki łapią małe kolorowe rybki na miniaturową siatkę krzycząc i śmiejąc się beztrosko. Trochę dalej zakochana parka w objęciach próbuje znaleźć odrobine prywatności. Siadam na kamieniu wyciągam aparat i walę fotki z lewej, z prawej od przodu od tyłu, a nawet jedno selfie na pamiątkę, że tu byłem i mogłem to cudo zobaczyć. W takich momentach człowiek naprawdę jest szczęśliwy i to szczęście jest prawdziwe bo nie wynika z żadnych sytuacji, które po jakimś czasie się znudzą, przeminą czy stracą na wartości (vide- samochód, dom, nowa praca, nowe coś tam). To nigdy nie przeminie- to będzie się pamiętać do końca życia i zawsze na wspomnienie takich chwil człowiekowi będzie się robiło lepiej na duszy. Na tym właśnie polega fenomen podróżowania- dostajesz coś co jest niemierzalne, ale co zawsze zostanie w twoim łbie jako stan ducha, dzięki któremu życie z dnia na dzień będzie piękniejsze.

Z takiego właśnie filozoficznego nastroju wyrywa mnie jakiś cieć, który informuje mnie , że tu nie wolno wchodzić i żebym stąd spieprzał w podskokach. Dobra, dobra- gadaj se- co miałem zobaczyć to zobaczyłem.

Wskakuję na swojego rumaka i walę dalej na wschód na plażę w Tangalle, która okazuję się być bardzo piękną, ale w porównaniu z latarnia morską w Dondra wygląda jak jakieś nieporozumienie, więc stanąwszy na niej dosłownie na chwilę, na złapanie oddechu, wyruszam zaraz z powrotem do Weligamy po drodze  zatrzymując się w jakimś podłym barze i przyjmując na żołądek zimne rice and curry.

Następnego dnia jadę do Mirissy. Maja tam jedną z najładniejszych plaż na Sri Lance . Wszystkie przewodniki informują o tej plaży jako o najbardziej zjawiskowej, ale mnie interesuje zupełnie coś innego. Otóż wiele osób opowiadało mi o tzw. Secret Beach- tajemniczej plaży, do której docierają tylko nieliczni, bo aby się tam dostać trzeba nie lada wysiłku, ponieważ droga do niej prowadzi przez dziewiczą dżunglę, przez którą wcale nie tak łatwo przebrnąć. Wiem że Secret Beach jest na prawo od plaży głównej, więc wybieram jedyną drogę, która biegnie tam wzdłuż wybrzeża. Wąska asfaltowa dróżka stromo wijąca się na górę, z której po lewej stronie widać wspaniałą panoramę głównej plaży w Mirissie. Zaiste z tej perspektywy plaża ta robi niesamowite wrażenie. Gorzej jak jest się na dole bo tam bar przy barze tłumy ludzi i zewsząd irytująca muza.

No ale ja szukam przecież mojej sekretnej plaży, więc jadę dalej pod górę aż do momentu kiedy asfalt się kończy i zaczyna się dżungla. Tam na trzewie kawałek deski a na niej białą farbą namalowana strzałka i nagryzmolone PLAŻA. No dobre sobie! Strzałka wskazuje dżunglę. Gdzie tu iść dalej- nie mam pojęcia! Zostawiam skuter pod drzewem i walę w dzicz nie bez pewnych obaw o swoje zdrowie. Po jakimś czasie widzę malutką ścieżkę i ponieważ nie mam żadnego wyboru kieruję się nią w nieznane. Ścieżynka wije się wzdłuż egzotycznych roślin niknąc czasami w zaroślach a potem nagle pojawiając się znowu. Po jakiś 20 minutach krzaczory są już tak gęste, że nie sposób się przez nie przedzierać więc postanawiam wracać lekko załamany że nie zobaczę tej rajskiej plaży, o której wszyscy nawijają z takim respektem. Po chwili natykam się na jakąś parkę z Niemiec. Oni też trochę załamani i dodatkowo podobnie jak ja wykończeni tą wędrówką. Tam nie przejdziecie – tam droga się kończy, informuje ich uprzejmie i po chwili wracamy już razem smętnie powłócząc nogami. W pewnym momencie nasza ścieżka rozwidla się i jedna jej odnoga idzie w dół ku brzegowi. O cholera nie zauważyłem tego rozwidlenia idąc w drugą stronę. To może być ścieżka do Secret Beach! Idziemy przez moment w górę a potem gwałtownie w dół na tyle stromo, że musimy się trzymać jakiś lian żeby nie walnąć na łeb. Dżungla w tym momencie wygląda naprawdę efektownie- jeszcze takiego czegoś na Sri Lance nie widziałem. No może poza dżunglą w okolicach wodospadu Bambarakiri. Obłędnie jest- różne rodzaje palm, juki, hibiskusy jakieś liany zwisające z drzew , jakieś oszałamiające swym kształtem namorzyny .

Po jakiś 10 minutach  nagle, z tej ściany zieleni wyłania się Secret Beach. Przepiękna! Najpiękniejsza plaża jaka widziałem w życiu. Nieduża- w sumie może ze 150m ale po prostu zapierająca dech w piersiach. Piasek biały jak mąka, palmy dosłownie wpychające się do morza, do tego majestatyczne skały i co najważniejsze zero ludzi! Na plaży mały senny bar prowadzony przez jakiś wyluzowanych hipisów. Siadam sobie na krzesełku odpalam szluga i siedzę tak chyba z godzinę ucinając sobie przyjemną pogawędkę z właścicielem baru. Są takie miejsca na ziemi w których wystarczy po prostu być. I ta plaża jest właśnie jednym z tych miejsc.

Następnego dnia postanawiam pojechać do Unawatuny żeby dokładnie obejrzeć sobie kolejną plażową perełkę czyli Jungle Beach.  Jest to mała plaża jakieś 10km na południe od centrum, tak jak nazwa wskazuje ukryta w dżungli. Tutaj dojazd też nie jest oznaczony, ale jakiś chłop po drodze tak mi wszystko objaśnił , że szybko znajduję drogę i po kilku minutach od zjazdu z Galle Road jestem na miejscu. Do plaży schodzi się schodami z dość stromego zbocza. Po drodze mijam jakiegoś poczochranego i umęczonego gościa, który rzuca tylko krótkie- uważaj na małpy, po czym znika w krzakach. Na wszelki wypadek biorę do łapy sporej wielkości kołek- małpy w tych rejonach potrafią być rzeczywiście dość nieprzyjemne. Schodzenie przebiega jednak bez niespodzianek i po chwili jestem na plaży. Ludzi dość sporo, ale to niedziela więc nic dziwnego. Gdyby nie śmieci pod drzewami to plaża tam miałaby u mnie 10 na 10. No cóż może kiedyś posprzątają i będzie ok. Przechadzam się i robię trochę zdjęć i w pewnym momencie widzę w krzakach trzech gości , którzy urządzili sobie tam małą imprezkę. Piją wódkę czystą, zagryzając jakieś curry z kurczaka, które wygląda jak  ogień i żywo o czymś dyskutują. Widząc mnie machają przyjaźnie łapami  - chodź machan , przyłącz się do nas. Podchodzę i siadam na piasku a oni od razu leją mi pół szklanki. Wychylam i morda mi się krzywi niemiłosiernie od ciepłej gorzały. Odruchowo łapie za kurczaka, przegryzam i gały mi jeszcze bardziej z orbit wychodzą bo straszliwie pikantna ta potrawa. Na drugą nóżkę jest już lepiej i całkiem sympatycznie spędzam z nimi tam chyba z godzinę pijąc , paląc i opowiadając im o tym co robię w życiu. Na koniec walą sobie ze mną chyba z 10 selfie po czym opuszczam to wesołe towarzycho chwiejnym krokiem kierując się do skuterka.

Przyjeżdża ekipa z Polski. Mam z nimi spędzić najbliższe dwa tygodnie. Są oni nastawieni głównie na plażowanie, więc nie jest to specjalnie mój target i szczerze powiedziawszy trochę się z nimi nudzę bo jak zwykle ciągnie mnie w drogę. Siedzę z nimi w Weligamie dwa tygodnie organizując im w tym czasie kilka wycieczek  m. in. Do Yala czy na plantacje herbaty.

W tym czasie przytrafia mi się przygoda ze szpitalem. Przez kilka dni łapały mnie jakieś dziwne duszności i serce w tym czasie napieprzało mi w klacie jak jakiś dzwon, więc któregoś ranka mówię sobie- dosyć tego. Trzeba iść i sprawdzić bo jak tu wykituje to transport zwłok wyniesie Beatę więcej niż jestem tego wart i trzeba będzie mnie pewnie do oceanu wrzucić żeby mnie jakieś stwory morskie pożarły.  Zamówiłem tuktuka i walimy do Galle do szpitala. Przezornie każe się wieźć do prywatnego bo w państwowym jak słyszałem chujnia na maksa.  Szpital nie powiem – całkiem, całkiem. Wygląda jak dajmy na to, nasz pabianicki, więc bez rewelacji, ale biedy jak na warunki lankijskie też nie ma. Do lekarza ze dwadzieścia osób w kolejce, ale pan Wojtek jak król od razu do gabinetu, bez kolejki znaczy się… I co fajne, wszyscy ci udręczeni ludzie co czekają w kolejce nie mają takich min jakby mnie chcieli ze złości za jaja powiesić na najbliższej latarni, a wręcz przeciwnie, uśmiechają się z sympatią i kiedy z głupia frant bąkam –„Sorry” wciskając się bez kolejki oni patrzą ze zrozumieniem i szwargocą coś tam po lankijsku. W środku czyściutko i fajnie, dwie uśmiechnięte pielęgniarki i lekarz dyżurny. Od razu na wyro,  podłączają mnie pod jakieś kabelki i jedziemy z ekg. Zaraz też wydruk i do dyżurnego. Ten bierze linijkę i coś tam mierzy i dopasowuje po czym stwierdza że ja serce to mam mocne jak dzwon i to mu wygląda bardziej na nerwowego pierdolca. Jak pierdolec to pierdolec- trzeba do innego lekarza w takim razie. Idziemy na piętro a tam znowu kolejka i tym razem czekam dosłownie parę minut i już siedzę przed następnym gościem który bada mnie jeszcze raz po czy zadaje kilka standardowych pytań w stylu czy pite było poprzedniego dnia. Ooo panie doktorze nie tylko poprzedniego . Pite jest codziennie- praca przewodnika na Sri Lance do czegoś jednak zobowiązuje! No tak -doktor westchnął ze zrozumieniem. W zasadzie to jesteś pan zdrowy , ale zwolniłbym trochę tempo życia na pana miejscu, bo jak na ten wiek to chyba za dużo atrakcji. Masz tu panie kolego leki i jak nie przejdzie to zrobimy panu jeszcze dwa rodzaje badań , ale to dopiero za tydzień.  Spoko ja w zasadzie już czuje się zupełnie zdrowy! Doktor macha tylko ze zniecierpliwieniem ręką co ma pewnie oznaczać- spieprzaj pan stąd i nie zawracaj mi dupy. Wychodzę przed szpital wyciągam szluga- głęboki mach. Tak jestem już zdecydowanie zdrowy. Wierzcie lub nie ale po tej wizycie jak dowiedziałem się ze to nie pikawa to więcej tych rewelacji już nie miałem. Sam się naprawiłem, albo naprawiło się to co mi się we łbie odchyliło ot co!

Dwa dni przed  odjazdem mojej ekipy siadam na motor i ruszam dalej zachodnim wybrzeżem, które jest tak piękne ze trudno je nawet sobie wyobrazić. Przez ponad 100km jedzie się po prostu nad samym morzem tak że po lewej stronie cały czas widać plaże. Ale jakie!!!! Musze się zatrzymywać co kilka kilometrów bo widoki są tak oszałamiające, że szkoda mi nie przysiąść nie popatrzeć chwile i nie zrobić kilku fotek. Docieram po kilku godzinach do miejscowości Bentota- znanego kurortu gdzie ciężko jest znaleźć dostęp do plaży bo wszystko tak zawalone hotelami (coś jak u nas na Mazurach) i tam odbijam na Kandy dokąd musze przed zmrokiem dojechać. Kiedy dojeżdżam, kupuję w moim ulubionym sklepie rybnym kilo tuńczyka żółtopłetwego i kilka browców. Mam przed sobą fajny wieczór w moim ukochanym domy w Yaggahapitye. Kilka kilometrów o celu, do oka wpada mi jakiś owad. Jest już ciemno wiec ściągam okulary i zaraz zaczynam żałować, bo owad przed śmiercią zadaje mi nieziemski ból. Stoję na parkingu i próbuje dojść do siebie. Trwa to jakieś dziesięć minut po czym sytuacja się normuje na tyle , że mogę kontynuować moją podróż. Do domu dojeżdżam po zmroku gdzie witają mnie : Major, jego przesympatyczna żona i Sam. Fajne jest to, że jak idę pod prysznic i patrzę w lustro to widzę, że gębę mam czarna jak górnik. No cóż… jazda na skuterze wymaga jednak poświęceń. Rozmawiamy jakąś godzinkę przy piwku po czym walę się do wyra i zasypiam jak dziecko. Rano budzę się o 9 i od razu niespodzianka. Oko do którego wpadł wczoraj owad przestaje po prostu działać. Fajne uczucie. Na szczęście te wszystkie gwiazdki po kilkunastu minutach znikają i mogę wskoczyć na skuterka i kontynuować moja podróż do Trinco. Po drodze jeszcze odwiedzam fantastyczną świątynię buddyjską w Matale i umawiam się z jakimś gościem w Hurulu Eco Park na safari które mam zrobić z następną ekipą, które niebawem ma przyjechać do mnie na Sri Lankę. Do Trinco docieram po południu i na tym kończy się moja wyprawa skuterowa.

Cóż, mogę Wam powiedzieć, że warto było. Wspaniała przygoda którą polecam każdemu. Mało ludzi podróżuje skuterami czy motorami po wyspie i to jest wielki błąd bo ten sposób podróżowania jest najlepszy na świecie. Pojechać bez żadnych planów, przed siebie i cieszyć się tym co po drodze… te kilkanaście dni to były najlepsze wakacje w moim życiu warte każdych pieniędzy, które o dziwo w tym przypadku okazały się bardzo niewielkie.

Bardzo fajna przygoda przytrafia mi się na Pigeon Island, gdzie zabieram nowa ekipę na nurkowanie na rafie. Zanim do tego przejdę opowiem Wam o innym zdarzeniu związanym poniekąd z tą sprawą. Otóż któregoś dnia przyjeżdża do mnie bardzo wyluzowana rodzina z Polski- małżeństwo z dwoma synami 8 – 14 lat- chłopaki wyrośnięte jak byki, cały czas zadowolone i uśmiechnięte. Ponieważ oni mają samochód, wiec wsiadamy i pokazuję im okolice Trinco. Docieramy w którymś momencie na Nilaveli Beach i oni widząc tę oszałamiającą plażę, od razu pakują się wszyscy do oceanu i siedzą tam chyba z godzinę. Najpierw wychodzą ci rodzice a chłopaki tłuką się jeszcze w wodzie niczym jacyś zapaśnicy. Nagle obydwaj zaczynają się drzeć w niebogłosy i sprintem uciekają z wody. Dobiegają do nas i ciągle dosłownie wyją z bólu. Co jest grane? Patrzę na ich ręce a oni mają tam po dwa, może trzy zaczerwienione bąble. Spokojnie panowie – meduza was poparzyła i to wszystko. Nic wam nie będzie bo niejadowita- poboli trochę i już. Poboli??? Ale tak??? Patrzę sceptycznie na nich i myślę sobie , kurczę przecież to aż tak nie może napieprzać. I teraz wracając do mojej historii. Jedziemy na tę Pigeon i ja widzę,  że w wodzie meduz od jasnej cholery- dosłownie setki. No fajnie myślę sobie – pływania nie będzie . Jednak po dopłynięciu na wyspę zastajemy tam  sporo łodzi oraz amatorów podwodnych przygód. Od razu też pakujemy się do wody i ja pokazuje mojej grupie wszystkie te cuda pływające przy rafie koralowej. Po jakimś czasie zostaję sam i pływam sobie leniwie , obserwując rekiny, których tego dnia jest mnóstwo. W pewnej chwili przepływam nad stadem barakud. Barakudy to piękne ryby i obserwowanie ich jest o wiele bardziej fascynujące niż obserwowanie innych morskich stworzeń. Pływają one w stadach po kilkadziesiąt sztuk i najfajniej jest jak takie stado stoi nieruchomo w wodzie wypatrując zdobyczy. Teraz właśnie mam taki widok pod sobą więc rozkładam ręce i nogi szeroko jak się da i wiszę sobie spokojnie na powierzchni i napawam się widokiem tych cudownych stworzeń. Nagle… okropny ból w lewej ręce! Coś strasznego po prostu. Tak jakby ktoś zaczął opalać moją łapę palnikiem. Drę ryja pod wodą aż bąble lecą i po chwili widzę o co chodzi. Jakaś półmetrowa meduza owija mi się dosłownie wokół całej łapy i wcale nie ma zamiaru się stamtąd zerwać. Pomagam jej w tym prawą ręką- po prostu łapię to bydle i zrywam z siebie i odrzucam na bezpieczną odległość. Teraz już i prawa łapa napierdala (sorry za tak mocne słowa, ale innego określenia na ten potworny ból niestety nie znajduję). Spieprzam z tej wody w pływackich podskokach- byle szybciej znaleźć się na brzegu. Chryste panie jaki ból! Zwijam się na brzegu a ludziska gapią się na mnie jak na idiotę. Jeden facet co chyba tam pracuje na wyspie jako przewodnik podchodzi do mnie i usłyszawszy co się stało oświadcza, że nie mam się czego bać bo nic mi nie będzie tylko ten ból będzie trwał 2 dni a potem wszystko będzie ok. Łojezusie słodki, dwa dni??? Nie dam rady! Zaraz po powrocie do białego domku wypalam dwa skręty jeden po drugim. Pomaga na dwadzieścia minut a potem jazda zaczyna się od nowa. Cały dzień zwijam się z bólu, przez noc łażę po podwórku, następny dzień to samo i na wieczór ból jakby trochę odpuszcza. Trochę śpię przez noc a na drugi dzień, zgodnie z obietnicą lokalsa z Pigeon łapa przestaje boleć. Niestety na tym moje kłopoty się nie kończą . Bąble na łapie zamieniają się w pęcherze, z których leci jakieś świństwo. Łaska boska, że za chwile wracam do Polski- chyba w ostatnim momencie bo pani dermatolog, którą natychmiast odwiedzam mało nie wpada pod stół z wrażenia. Panie skąd żeś pan to podłapał??? Tłumacze jej uprzejmie co i jak, a ona natychmiast wypisuje mi antybiotyk plus jakieś maści, kremy i spraye- będzie tego z pół kilo. Po kilku dniach cały ten syf znika z mojej ręki i wreszcie mogę powiedzieć, że przygodę z meduzą uważam za zakończoną. Płynie z tej całej grandy jeden pouczający morał- w tropikach trzeba zawsze uważać na wszystko dookoła i pod żadnym pozorem nie można niczego czego się nie zna dotykać czy choćby nawet do tego się zbliżać. Nie pamiętam już czy pisałem tutaj o mojej przygodzie z rybą którą złapałem kiedyś w lagunie koło Uppuveli. Chciałem jej wyciągnąć haczyk i po prostu wypuścić a ta miała pod płetwą jakiś kolec, który bez pardonu wbiła mi w łapsko. Ból jak jasna cholera, spuchnięta łapa i sporo nerwów, a wystarczyło po prostu nie dotykać. Potem dowiedziałem się, że te ryby są bardzo niebezpiecznie i to że ta sprawa skończyła się w moim przypadku w miarę łagodnie to niewiarygodne szczęście bo normalnie po takiej akcji delikwent ląduje po prostu w szpitalu.

 

 

WYPRAWA SKUTEROWA DZIEŃ 3

Poprzedniego dnia powiedziałem gospodyni że wyjadę o 7 rano wiec ta budzi mnie o tej 7 z przygotowanym już śniadaniem. Nie no , nie dam rady, za jasną cholerę. Ze względu na tę nocną imprezę kolejny raz miałem  noc nieprzespaną i teraz macham tylko reką i mówię później kochana pani, później. Zwlekam się z wyra o 10. Jak zwykle spóźniony, ale mam to generalnie głęboko w dupie. I to jest właśnie wolność – robisz co chcesz i kiedy chcesz, nigdy sie nie spieszysz i na wszystko masz wyje…ne… Wyjeżdżam z Elli i kieruje się w jeszcze większe góry aby zobaczyć najwyższy wodospad na Sri Lance – Bambarakanda. Za miejscowością Haputale droga robi się po prostu magiczna. Sa tam takie przepaści, że mam wrażenie że nie mają one końca. Widać również z dobrej perspektywy góry naokoło Elli w tym słynny Horton Plains czyli tzw. koniec świata. Skała spada tam na głębokość 1000m i stąd doskonale widać jaki to ogrom. Z wodospadem Bambarakanda jest tak jak ze wszystkimi najbardziej wartościowymi rzeczami na Sri Lance- jest tak słabo oznaczony że dojechać tam to prawdziwy majstersztyk. Jeden z najwyższych wodospadów na świecie a tam ani znaku ani tablicy ani niczego. Kilku zapytanych miejscowych podaje mi jak zwykle sprzeczne informacje- nikt, kuźwa nic nie wie. W końcu skręcam z głównej drogi w wąską dróżkę stromo wspinającą się w górę. Widoki jak zwykle nie do opisania. Po kilku kilometrach widzę tego potwora. Jest pora sucha wiec woda leci teraz cienki sikiem, ale wysokość oszałamia po prostu. To jest po prostu nie do opisania! Do tej pory myślałem że Hunas jest wysoki ale to bydle jest o trzy razy większe. Wyobrażam sobie jak ten wodospad musi wyglądać w porze deszczowej. Na bank przyjadę tu w tym czasie z ekipą, która zbiorę w wakacje. Siedzę tam z pół godziny i totalny luzik mnie ogarnia. No ale komu w drogę… Mam od zarąbania kilometrów a czasu bardzo mało. Wybieram drogę numer 17 do Matary. Droga jak marzenie! Nowiutka , szeroka i pośród wspaniałej egzotycznej roślinności. No, myślę sobie, jak dojadę do domu to opiszę tę drogę na blogu- toż ona lepsza niż nasze polskie. W myślach układam sobie już peany na cześć lankijskiego ministerstwa drogowego gdy nagle jeb… Piękna droga w sekundę zamienia się w totalny kibel- coś bardzo wąskiego wyglądającego bardziej na koryto rzeki jak na międzymiastową drogę pierwszej kategorii. Jadę jeszcze z kilometr i staję na poboczu. Cholera przecież to nie może być ta sama droga, musiałem przeoczyć jakiś zjazd czy coś. Wracam do miasteczka nieopodal, gdzie skończyła się autostrada a zaczęło to gówno. Na małym moście stoi kilku nawalonych gości śpiewających wesoło jakieś lankijskie hiciory. Informują mnie oni uprzejmie że nie mam żadnych zwid czy halucynacji i ta droga to jest właśnie ta droga i mało tego – taka będzie jeszcze przez 55km. O w mordę… To kiedy ja zajadę na miejsce! Jeszcze raz pytam jakiegoś chłopa przy drodze, żeby mieć na 100% pewność ze to jest to i gdy tamten mówi że jak najbardziej wzdycham udręczony i ruszam dalej…

Przejeżdżam może ze 3 kilometry gdy nagle czuje, że coś jest nie tak- skuter idzie na lewo i prawo, trzęsie a z tyłu słychać jakiś dziwny odgłos. Kurwa mać tylko nie to! Staje na poboczu… No tak w mordę jeża- kapeć. Patrze na tylna oponę a tam flak jak z kuriera wycięty- totalna lipa. Czuję jak krew napływa mi do głowy i po chwili biegam już naokoło motorka i puszczam wiąchę za wiąchą po polsku oczywiście – Ku… je… mać, chu… by to strzelił, i takie tam inne… W pewnej chwili widzę, że obserwują mnie po drugiej stronie jakieś dzieci. Dziewczynka i chłopiec , tak na oko po 10 lat.  Gęby otwarte na oścież, oczy wybałuszone ze zdziwienia i strachu. No w sumie mają powód żeby się bać- Stary siwy zgred w kasku biega naokoło skutera i wrzeszczy jakieś dziwne zaklęcia w nieznanym im dialekcie. Patrze na nich i widząc ich przerażone miny i od razu robi mi się wesoło do tego stopnia że naprawdę powstrzymuje się od wybuchnięcia śmiechem. Buuuuu!!!!!! Krzyczę głośno, a one cofają się o kilka metrów. Po chwili z domu obok którego szczęśliwie się zatrzymałem wychodzi jakaś kobita, staje obok dzieci i też wlepia we mnie gały, zdziwiona całą tą sprawą. Po kilku sekundach sytuacja się powtarza, tylko że teraz z domu wychodzi jeszcze starsza kobita i staje obok całej gromady. Wierzcie lub nie ale za kilkanaście sekund już zupełnie stara baba pojawia się w drzwiach. Siadam na kamieniu i zafascynowany czekam na rozwój wydarzeń. No to teraz kurwa, mumia jakaś wyjdzie jak nic- no po prostu nie może już pojawić się ktoś starszy od tej najstarszej. Ale nie. Teraz pojawia się jakiś łysy facet – prawdopodobnie głowa rodziny. Okazuje się że jedna z tych bab- ta najmłodsza , duka coś tam po angielsku. Pytam się już grzecznie czy mają w mieście jakiś sklep gdzie mógłbym zakupić nową oponę. A mamy, mamy, nawet kilka. O to fajnie, to już mi lepiej na duszy. I teraz następuje taka oto sytuacja. Na drodze pojawia się tuk tuk a w nim… właściciel punktu wymiany opon! Poważnie! Nie wiem czy to przypadek, czy też w mieście tym jest tylu właścicieli zakładów wulkanizacyjnych, że prawdopodobieństwo aby akurat w tym miejscu i o tym czasie jakiś się pojawi jest jak najbardziej realne. Facet fachowym okiem zerka na moją oponę i zaczyna rozmawiać z łysym. Tamten kiwa głową i idzie do domu a wulkanizator odjeżdża. Patrzę pytająco na babę a ona tłumaczy mi że musimy odkręcić koło a pan od opon zabierze ją i wymieni wracając od znajomego do którego właśnie się udał. Bajka, myślę sobie- zaraz ruszam dalej. I teraz zaczyna się najgorsze. Łysy wychodzi z domu z jakimś starym kluczem szwedzkim. Ustawia rozmiar i próbuje odkręcić koło, ale gdzie tam. Ja od razu widzę że to nie wypali. Śruba siedzi osadzona mocno jak jasna cholera! Chłop nie daje za wygraną zapiera się, sapie pot występuje mu na czoło, ale ja widzę, że nie ma szans! Za chwile krzyczy coś do jednej z bab a ta przynosi z domu mały śrubokręt krzyżakowy z plastikową rączką i niewielki młotek. Facet zaczyna walić z impetem w ten delikatny śrubokręt uprzedni przystawiając go do śruby. Nie wiem, nie jest specjalistą od mechaniki, ale od razu widać, że ten numer też nie przejdzie. Po chwili rączka śrubokręta pęka a gość podobnie jak ja zaczyna skakać naokoło skuterka i rzucać przekleństwa po lankijsku. Ja już tracę cierpliwość i delikatnie proponuję, że skoro opona jest i tak kaput, to ja te parę kilometrów do miasta dojadę powolutku (czytałem ostatnio blog jednego Czecha, który jeździł skuterem miesiąc po Sri Lance  i miał podobną historię i właśnie tak z tego wybrnął) ale oni chyba nie rozumieją o co mi chodzi. Łysy wpada na kolejny genialny pomysł. Mierzy miarką szerokość i długość motorka i z tego co rozumiem będzie go chciał wrzucić do tuk tuka. Łojezusie słodki, co za Monty Python! Podjeżdża następnie tuk tukiem i próbujemy wepchać skuter do środka ale to jest kurwa przepychanie wielbłąda przez ucho igielne. No nie da się choćby skały srały!!! W międzyczasie na drodze pojawia się jakiś samochód. Wyskakuje na środek i niemal rzucam się pod niego z rozpaczy. W środku młody uśmiechnięty chłopak. Stary pomóż, klucz potrzebny bo koła nie możemy odkręcić. Spoko mam cały zestaw. Matko Boska, z nieba mi spadłeś. Okazuje się jednak, że w tym jego zestawie nie ma akurat tego klucza, który jest potrzebny więc po raz kolejny wracamy do punktu wyjścia. Na drodze pojawia się jadący z powrotem właściciel zakładu wulkanizacyjnego i zaczyna gadać z łysym. Ja już bez słowa zakładam kask siadam na motor i odpalam dając im do zrozumienia, że zmęczony jestem ich eksperymentowaniem i sam biorę sprawy we własne ręce. Łysego jakby olśniło. No pewnie, przecież można i tak!!! Klepie się ręką w czoło i wskakuje do tuk tuka. Jedziemy z kilometr na godzinę. Malutki konwój- ja na przedzie, za mną łysy a za nim wulkanizator. Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do zakładu, który okazuje się jakąś starą budą ze stertą mocno zdartych opon w środku. Zaraz też chłopaki uroczyście pokazują mi „nową” oponę którą wyciągają zza  owej sterty. Patrzę z niedowierzaniem. No to chyba żart jest… Opona ta jest tak samo a być może jeszcze gorzej zdarta niż stara i jedyna różnica między nimi jest taka, że ta nowa nie jest jeszcze pęknięta. Widząc moją minę jeden z nich mówi , że to jedyna opona jaka mają i ” możesz Pan brać albo do widzenia” No wyboru to ja specjalnie nie mam… Dobra zakładajcie. Pracownik przy pomocy nogi i śrubokręta ściąga starą oponę i w ten sam sposób zakłada nową. Pompuje, wsadza do wanny z wodą a tam dziura… Wyciąga więc łata dziurę i zakłada na skuter. Boże, po kilku godzinach mogę opuścić to przeklęte miejsce. Mam teraz prawdziwe wyzwanie- 55km jazdy po drodze numer 17, która , jak wspomniałem wygląda jak totalna sraka. Jest 16,45. Muszę przejechać ten odcinek do zmroku i dotrzeć do normalnej drogi. Jadę. Jest ciężko bo trzeba cały czas koncentrować się na tym, żeby jechać po płaskiej części drogi a nie dziurawej. Trudne to zadanie, szczególnie, że widoki są tak cudowne, że nie sposób skupić uwagi na omijaniu dziur. Pięknie jest. Plantacje herbaty z olbrzymimi czarnymi skałami gdzieniegdzie, podkreślającymi jeszcze bardziej niesamowitość tej krainy. Czasem dżungla, ale taka egzotyczna z palmami różnej maści, bananowcami i ukwieconymi drzewami hibiscusa. Co jakiś czas mijam małe wioski i czuje się jak jakiś kowboj z dzikiego zachodu który właśnie nawiedza jakąś podłą dziurę gdzieś w Teksasie. Ludzie patrzą na mnie z niedowierzaniem  bo biały człowiek w tych stronach to wielka rzadkość. Po dwóch godzinach akurat wtedy kiedy robi się ciemno dojeżdżam do  normalnej drogi do Galle. Na miejsce zostało mi 78 kilometrów. Docieram do Ahangamy w nocy i po wypiciu kilku browarów padam nieprzytomny.

WYPRAWA SKUTEROWA DZIEŃ 2

Budzę się o 10tej , bo jak pisałem wcześniej z powodu spalonych łap nie byłem w stanie zasnąć do 4 nad ranem. W planie mam wyjazd w góry, ale chcę jeszcze pojechać jak najdalej na południe tam gdzie droga się kończy i nie ma już nic… Facet z hotelu mówi mi, że kilka kilometrów dalej jest miasteczko Arugam Bay a potem malutko wieś Panama a dalej… „to juz pan se możesz ino popatrzeć w siną dal” Dobra jest lubie takie nostalgiczne klimaty więc czym prędzej pakuje sie do basenu gdzie woda zimna ale orzeźwiajaca. Potem małe śniadanko i w droge. Po kilkunastu minutach dojeżdżam do Arugam Bay. To małe miasteczko na końcu swiata, które przyciąga w sezonie tysiące amatorów surfingu. Ja surfingu próbowałem w tym roku i sorry , ten teges, nie za bardzo. Uwazam że to troche idiotyczne kiedy goście nie jedzą , nie piją nie wykonują innych potrzebnych do życia czynności, tylko wysmarowawszy sie jakąś białą mazią siedzą całymi dniami w wodzie i czekają na tę jedyną falę, która poniesie ich 50 m. To ja już wolę mój motorek, który niesie mnie tysiąc kilometrów i wcale nie muszę czekać aż się na to zdecyduje. No ale może to ja jestem idiota a nie miliony ludzi, którzy to całe życie robią. W każdym razie, Arugam to miasteczko przeznaczone wyłącznie dla surferów. Jest tutaj taki luzacki nastrój i nawet po sezonie da sie to odczuć. Jadę dalej i  w Panamie droga się kończy i nie ma juz nic. Koniec pieśni. Dalej tylko dzikie ostępy ze słoniami, lampartami i krokodylami. Fajnie tak stać na końcu , końca świata. Ale przeca mnie w drogę trzeba, bo ja usiedzieć dłuzej w jednym miejscu nie mogę. No nie mogę i już… Wsiadam na swojego rumaka i wracam przez chwilę na północ, by w mieście Pottuvil odbić w lewo i znowu, ładną , nową drogą wjechać w dziewiczą dżunglę. I znowu lekki stres bo na owej drodze nawet jednego samochodu nie uświadczysz ino same krzaczory i jakieś dzikie bagna. Potem droga biegnie znów przez potężne połacie ryżowych pół które swą intensywną  zielenią dosłownie wiercą mi w głowie dziurę i to w połączeniu z ciepłymi powiewami wiatru jest tak przyjemne, że znowu sam do siebie się śmieję i wesoło wyśpiewuję na głos stare warszawskie piosenki takie jak „U Cioci na Imieninach” czy „Nie Masz Cwaniaka nad Warszawiaka” (Grzesiuka czytam obecnie więc może stąd ten repertuar). Droga w sumie zmienia się dosłownie co kilkanaście minut i jak widzę olbrzymie góry na horyzoncie to juz wiem, że jestem blisko. W jednym małym miasteczku siadam w knajpie, która wygląda mi na całkiem ok,  w sensie, że nie panuje tam totalny syf jak w innych tego typu wyszynkach. Kupuję jak zwykle rice and curry tym razem z rybą i płacę jak zwykle jakieś śmieszne pieniądze. Nabieram przekonania, że jedzenie w takich miejscach to jednak loteria bo nie jesteś przewidzieć czy po czymś takim nie będziesz bracie rzygał i srał wodą przez najbliższe kilka dni. Mnie to się nigdy nie zdarzyło, ale ja albo mam szczęście albo mam odporny organizm, który nie reaguje na takie historie. Albo po prostu intuicyjnie wiem gdzie zjeść żeby nie mieć potem rewelacji żołądkowych. Kontynuuję jazdę skręcając w pewnym momencie z głównej drogi w prawo. Teraz już tylko pod górę. Powiem Wam szczerze- nie ma nic piękniejszego niż jazda na motorze w górach na Sri Lance. Przyjdzie mi się jeszcze bardziej o tym przekonać w dniu następnym, ale i teraz jest obłędnie. To jest tak jakby człowiek po prostu leciał nad tymi wszystkimi przepaściami, dolinami i skałami. To jest tak bezpośredni kontakt z tą całą górską naturą, że ja po prostu czuję się jej częścią. Podobne wrażenie miałem jadąc pociągiem przez te tereny kiedy to stojąc w otwartych drzwiach dosłownie zachłystywałem się tymi kolorami i tym klimatem, ale pociąg jak to pociąg- nie zatrzyma się na każde twoje zawołanie tylko pruje bezlitośnie do celu, podczas gdy jadąc motorem w każdej chwili możesz przystanąć  i podziwiać, podziwiać, podziwiać…  A  i sama jazda jest zupełnie inna bo to doslownie wtapiasz się w naturę i jesteś jej częścią. Po lewej widzisz potężne skały strzelające gdzieś w przestworza a po prawej przepaści tak ogromne , że musisz stale się kontrolować żeby ta fascynacja nie wpłynęła na twoje skoncentrowanie się na tym co robisz bo to mogłoby być tragiczne w skutkach. Mijam wodospad Rawana, który w świetle zachodzącego slońca wygląda bardzo psychodelicznie, nierealnie wręcz, spowity lekką mgiełką jak jakiś relikt z innego nieznanego ludzkości świata. Potem Ella- senne miasteczko idealne do spacerów czy długich nocnych dyskusji przy araku   w jednej z setek wychillowanych knajpek przy drodze. Nic dziwnego, że ta malutka perełka jest mekką dla różnego rodzaju backpackerskich  freaków z całego  świata a życie zaczyna się tu po zmroku. Ja jednak jadę dalej bo muszę znaleźć miejsce w którym przyjdzie mi spędzić dzisiejszą noc. W zasadzie nie mam z tym żadnego problemu, bo włascicielka wysłała mi wcześniej mapkę z googla. Rac tylko się pytam jakiegoś gościa gdzie to i po chwili już jestem i widzę to cudo. Typowy lankijski homestay gdzie właścicielom marzy się żeby za kilka rupii zrobić jakość Marriota co oczywiście możliwe nie jest niestety. Ale jak wcześniej pisałem ludzie ci są tak mili że nawet mimo kłopotów z internetem i imprezą po sąsiedzku nie jestem w stanie im odmówić i poszukać innego miejsca. Zapycham sobie uszy papierem toaletowym i kładę na łeb poduszkę. Po jakims czasie zasypiam… Jeszcze celem uzupełnienia- notka z Facebooka…

Dzisiaj z samego rana po odświeżającej kąpieli w hotelowym basenie wyrwałem się na południe dokąd się dało czyli do miejscowości Panama. Dalej już ni cholery, kończy sie droga i zaczyna park Yala a tam jest wystarczająco dużo stworzeń, które z łatwością mogłyby mi odgryźć łeb jednym kłapnięciem zębów. Zawróciłem więc i skierowałem się w kierunku gór. Pierwsze 20 kilometrów to niezła sraczka bo droga prowadzi przez jakiś park narodowy gdzie co chwila stoją znaki „uwaga na słonie” i wszystko jest ogrodzone drutem kolczastym. To jest po prostu dziewicza dżungla po obu stronach drogi. Jakoś przejechałem bez niespodzianek i po obiedzie (rice and curry) za półtora dolca w jakiejś totalnej wyrzutni pojechałem w te prawdziwe góry. Zrobiłem kilka zdjęć ale dupa tam- nie oddają one rzeczywistości. Te góry są przepiękne- przypominają troche Knuckles ale są dwa razy wyższe. Wodospad koło Elli jest po prostu majestatyczny! Sama Ella to sympatyczne mieastreczko o dziwo w miarę czyste. Wynająłem sobie pokój za kilka dolców u przemiłych ludzi- totalna sralnia ale oni sa tak mili że nie mam sumienia się stamtąd zerwać. Jeszcze dzisiaj baba zrobi mi obiad a jutro rano mam śniadanie w cenie. Ta jazda skuterem po Sri Lance to jest kuźwa jakaś nirwana. Nic sie nie liczy oprócz tego żeby wskoczyć na motorek i zasuwać dalej. Wrzucam kilkanaście zdjęć z dzisiaj- zobaczcie ile tam jest różnych kolorów! Mega! Jutro rano walę na południe a tam sie dopiero będzie działo. See ya paypals!!!DSC08461

WYPRAWA SKUTEROWA

Godzina 22 a ja siedzę jak pipa i spać nie mogę. Jestem w górach w miasteczku Ella gdzie dzień wcześniej zabukowałem sobie pokój w domu u lankijskiej rodziny. Wszystko byłoby fajne gdyby nie to, że sąsiedzi obok urządzili sobie jakieś wesele czy cóś i walą w bębny i prują mordy z całej siły tak żeby całe miasto słyszało o ich szczęściu. Nie winię za to gospodarzy bo co oni mogą zrobić- przecież nie pójdą do tego naprutego towarzycha i nie powiedzą hej tak przymknijcie papy bo tu pan Wojtek przyjechał i cierpi katusze. Srać na nich! Wczoraj ściągnąłem sobie jakąś fantastyczną kapelę z Australii. Chłopaki graja tak jakby się umówili że maja grać pode mnie- fuzz, wah wah, hard rock, psychodelia, odlot! Frozen Planet…1969 – tak się nazywają jakby ktoś miał ochotę posłuchać i odlecieć. Ta rodzina u której zamówiłem pokój jest bardzo miła. Dwoje staruszków z ograniczonym mocno angielskim z którymi idzie się jednak dogadać. Mają syna , który dostał od jakiegoś cwela w szkole w mordę i od tej pory jest upośledzony w stopniu chyba znacznym, bo słyszę co jakiś czas jego pohukiwania za ścianą. Strasznie mi ich żal- biedni ludzie, którzy jednakowoż nie składają broni ale walczą  o przetrwanie. Są na booking.com, mają fajne opinie i mimo tego że ich dom to typowa lankijska wyrzutnia to starają się z całych sił utrzymać go w porządku. Dam im dobry komentarz na booking.com bo wiem co to znaczy dla nich. Dziś wieczorem ta kobita mnie zawołała do kuchni. Idę i patrzę a tam wyborne domowe rice and curry z kurczakiem a do tego papaja i jogurt. No jak to nie kochać tych ludzi!

Jestem już dwa dni w drodze skuterem z Trincomalee do Galle według planu, który ustaliłem sobie onegdaj siedząc w zimnej Polsce i marząc o ciepłym wietrze we włosach. Tak się składa, że od 16go  stycznia mam tutaj fajną ekipę z Polski więc postanowiłem pojechać wcześniej, odwiedzić Trincomalee, pożyczyć tam skuter i przyjechać do Ahangamy posiedzieć dwa tygodnie z moimi ludźmi a potem wrócić z powrotem do Trinco ale już inną drogą. W międzyczasie chcę odebrać Beatę i wtedy wrócimy do Trinco już razem. Potem jeszcze jedna mniejsza grupa od 10 lutego i pod koniec lutego wracam do kraju dobrej zmiany, KODu i San Escobaru. Plan napięty, ale cudowny- miesiąc pracy którą uwielbiam połączony z rajdem skuterowym, który uwielbiam jeszcze bardziej! Na Sri Lankę przyleciałem liniami Fly Dubaj. Podróż przeszła bez żadnych ciekawych wydarzeń i była po prostu nudna. To połączenie z Pragi gdzie jest tylko godzina przesiadki w Dubaju jest fajne gdyby nie to, że do Pragi trzeba jechać Polskim Busem a potem czekać tam jeszcze 7 godzin. No i jeszcze ta jazda autobusem z Kolombo do Trinco- masakra. Następne 7 godzin. W autobusie napisane, że to semi luxury. No chyba że semi bo jest on zajebany ludem bożym jak każdy inny. Siedział obok mnie gość który spał i jego łeb opadał na mnie non stop. Wymyśliłem fajny sposób żeby ten łeb spadał mu na gościa z lewej. Trzeba maksymalnie przesunąć się do delikwenta tak aby przenieść jego ciężar ciała na drugą stronę i wtedy jego pecyna leci już na sąsiada z lewej. To działa!  Miałem wystarczająco dużo czasu żeby to rozpracować. Po przyjeździe do Trinco pojechałem do Little White House, który jest obecnie nieczynny i robimy tam mały remoncik. Mama się uradował niezmiernie i dał mi tyle mango że ledwo sobie z tym poradziłem. Potem podjechałem do mojego kumpla Vinotha gdzie miałem spędzić noc (w LWH nie mogę bo cały sprzęt jest wywieziony na czas remontu). Przed wyjazdem Beata zapakowała mi jakieś czekoladki, ciastka, mazaki,i kredki dla dzieci Vinotha. On ma dwie małe córki. Powinniście wszyscy zobaczyć jak te dzieci się cieszyły z tych pierdół! Aż mnie normalnie wzruszenie jakieś dopadło bo oni wszyscy patrzyli na mnie jakbym im nieba uchylił, jak boga kocham! Vinoth też się ucieszył z prezentu- flaszki polskiej wódki, którą natychmiast otworzyliśmy i skonsumowaliśmy. Ja wcześnie walnąłem dwa duże browary, i tak zalałem pałę że ledwo doczłapałem się do wyra. Rano miałem się zerwać o 8 ale zbudził mnie Vinoth o…10. Machan już chyba musisz jechać. Fuck bro, yeah. Idę do kibla, biorę prysznic i wywalam od razu butelkę zimnej wody na dzień dobry. Już lepiej! Na podwórku stoi moja maszyna – skuterek Honda o pojemności 150. Nówka sztuka. Vinoth wymienił tylko akumulatorek żeby to coś odpalało za każdym razem kiedy będzie trzeba. Patrzę sceptycznie na kuferek w motorku. No to coś nie za dużo pomieści. Ja wyjeżdżając zabrałem ze sobą mój dyżurny plecak i on jest napchany fest więc trzeba będzie jakąś selekcję zrobić- wszystkiego nie zabiorę , nie ma mowy! Biorę kilka t-shirtów, jedną parę spodenek i dwie pary szortów do kąpieli. Plus kosmetyki, książkę o Sri Lance, komputer i mój ukochany aparat fotograficzny. Część pakuję do schowka a cześć w mały plecaczek, który dodatkowo zabrałem ze sobą .Dobra jestem gotowy! Zona Vinotha robi mi herbatę, palimy pożegnalnego szluga, wsiadam, odpalam i ruszam w drogę. Mam przed sobą 250 km do Arugam Bay gdzie postanawiam spędzić pierwszą noc. Kawał drogi, ale jestem tak podjarany ta sytuacją, że w dupie mam trudy podróży. Cały czas gęba mi się śmieje. To cholernie dziwne i fascynujące zarazem. Wsiadasz do samolotu w zimnej Polsce gdzie temperatury są poniżej 20 stopni i na następny dzień jedziesz pośród zielonych palm nie myśląc zupełnie o niczym a ciepły wiaterek wali ci w twarz niczym jakieś lekarstwo na wszelkie smutki. A więc jadę i śmieje się jak głupi sam do siebie. Dwa razy zatrzymuje mnie policja ale nawet nie sprawdzają dokumentów. Za pierwszym razem rozmowa z nimi wygląda mniej więcej tak: a ty gdzie się wybierasz? Do Galle. Do Galle? Do Galle. Na tym?  A no, na tym. To kozak z ciebie. Ano chyba tak…  Za drugim razem rozmowa jest jeszcze krótsza i ogranicza się do ostrzeżenia przed słoniami masowo wychodzącymi na drogi po zmroku. Pamiętaj- słońce zachodzi to ty kończysz swoją jazdę. Ok panie władzo nie ma sprawy. Do Batticaloa trasę znam bo jechałem już tam raz, potem tez nie jest źle. Drogi na Sri Lance są fajne i bardzo dobrze oznaczone. A poza tym każdy kogo się o drogę zapytasz udzieli ci wyczerpującej odpowiedzi nawet jak jej sam nie zna. Ile do Arugam? Panie będzie z 50km. Przejeżdżam 20km  pytam następnego- e Panie będzie z 70. I tak w koło Macieju. Przy okazji muszę to opisać stosunek lokalsów do mojej skromnej osoby. Otóż jadąc po wschodnim wybrzeżu nie zdarzyło mi się chyba nigdy, żeby po nawiązaniu kontaktu wzrokowego z tubylcem nie machnął on po przyjacielsku łapą, nie uśmiechnął się od ucha do ucha ni nie wrzasnął coś w rodzaju Hi, hello how are you???  Na wschodnim wybrzeżu biały człowiek jadący samotnie skuterem jest traktowany jak jakiś kosmita. Serio! Dodatkowo jeżeli zdarzyło się że zatrzymałem się na fajkę albo po prostu rozprostować kości to nie mijało kilka minut i już ktoś stał przy mnie i pytał czy wszystko jest ok. Tacy to ludzie są. Podróż wschodnim wybrzeżem jest raczej męcząca i długa. Nie ma też jakowyś spektakularnych miejscówek- kilka parków narodowych, parę świątyń mnóstwo pół ryżowych, rzek, jezior no i oczywiście ocean po lewej stronie. Wyobraźcie sobie taka sytuację, że jedziecie wzdłuż polskiego wybrzeża tylko zamiast sosen macie palmy, morze ma kolor turkusu na plażach nie ma nikogo a drogi są puste. No i oczywiście temperatura jest o 20 stopni wyższa. Teraz powinniście mieć obraz tego jak tutaj jest. Mnie sama jazda fascynuje. Jedzie się np 10km i na drodze nikogo a po obu stronach drogi nieziemskie widoki. Super! No ale wracając do samej podróży. Ponieważ ja, jak pisałem poprzedniego dnia nawaliłem się jak szpadel i nazajutrz wstałem zamiast o 7 to o 10tej to byłem bardzo opóźniony. I teraz tak. Ostatnie 40 kilometrów przed Arugam Bay to po prostu dżungla- dzika i nieprzewidywalna. Mając na względzie to co powiedzieli mi owi policjanci o jeździe wieczorem i o słoniach prawie posrałem się w zbroję jadąc ten ostatni odcinek. Słońce już zachodziło i robiło się tak jakoś nieprzyjemnie szaro. Oczywiście na drodze i przy drodze literalnie nikogo tylko ten pieprzony busz. No  panie Wojtek niech ci nie daj Boże coś teraz nawali w skuterze to klawo nie będzie. Nawet stopa tu nie złapiesz, chyba że takiego słoniowego a to nie będzie przyjemne. Kotłowały mi się takie myśli w pecynie kiedy żem przez ten mrok podążał i powiem wam szczerze – do śmichu mi nie było. Potem się na miejscu okazało że moje obawy nie były takie całkiem bezpodstawne. Jak się bowiem okazało w tym właśnie miejscu w 2011 roku… słoń ludożerca zakatrupił i zjadł siedmioosobową rodzinę z piątką małych dzieci włącznie!!!

Kurwa, chyba mnie jednak literacka fantazja poniosła… Chyba tego jednak nie kupicie… Ha ha ha- taki żarcik dla rozluźnienia atmosfery.

Mówiąc jednak serio to facet z hotelu do którego dotarłem mówił mi, że jeszcze godzina i mógłbym mieć na tym szlaku problemy i że tutaj sie w nocy w ogóle nie jeździ bo strach. Na potwierdzenie jego słów dosłownie 200m od hotelu zobaczyłem słonia stojącego na małej wysepce na lagunie. Kilku tubylców stało dosłownie 10m od niego na plaży i coś tam do niego wrzeszczeli i wymachiwali łapami. Jak mnie zobaczyli to zaczęli mnie wołać, żebym podszedł i zrobił zdjęcie z bliska. Ale nie ze mną te numery Bruner. W życiu, ani mi się śni. Zrobiłem zdjęcia ale z bezpiecznej odległości.Sam hotel do którego trafiłem zupełnie przez przypadek to po prostu rewelacja. Należy do jakiegoś Włocha i nazywa się Green Garden. Nowiuteńki ze wspaniale zadbanym ogrodem i pięknym basenem. Facet policzył mi bardzo tanio bo to poza sezonem i byłem w tym hotelu zupełnie sam. Idę jeszcze na plażę i oglądam ten słynną surferską miejscówkę- plaża szeroka jak nad Bałtylkiem i fale całkiem fajne. Miejsce nazywa się Whisky Point (dlaczego- nie mam pojęcia) i jest to spora skała , która rozbija fale,dzięki czemu można się tu wyszaleć jeżeli się to lubi. Jadąc tak sobie popaliłem łapy, ze czeka mnie fatalna noc. Wiercę się w wyrze do rana i w końcu o 4tej zasypiam. Pierwszy dzień mojej eskapady dobiega końca…

Pogoda na Sri Lance czyli kiedy i gdzie jechać…

Ponieważ wiele osób pyta mnie jak to właściwie jest z pogodą na Sri Lance i kiedy najlepiej tam pojechać to dzisiaj krótki wpis informacyjny dotyczący pogody i jej wpływu na nasze wyprawy. Otóż dobra pogoda jest na wyspie w zasadzie non stop. Kiedykolwiek byście się tutaj nie wybrali to zawsze znajdziecie takie miejsce gdzie można się poopalać, ponurkować czy popływać. Tak się składa, że Sri Lanka leży na równiku tak więc temperatury w ciągu całego roku są takie same (ok. 27-32 stopnie)  a klimat kształtują monsuny które pojawiają się przez pół roku na wschodzie a przez kolejne pół roku na zachodzie wyspy. To właśnie one powodują, że od maja do września pogoda na zachodzie i południu jest do bani a od września do maja taka kicha jest na wschodzie. Teraz tak- jeżeli ktoś wam powie że jak wieje monsun i jest pora deszczowa to non stop leje jak z cebra i jedyne co można zrobić to wyhuśtać się na fikole z rozpaczy to wcale mu nie wierzcie bo to gówno prawda! Pora deszczowa na Sri Lance polega na tym, że pada w ciągu dnia np. godzinę lub dwie a potem wychodzi słońce i w zasadzie nie ma wtedy specjalnej różnicy między porą deszczową a suchą poza jednym przykrym dla turysty problemem czyli stanem morza. Morze w porze deszczowej jest wzburzone i ktoś kto chciałby w tym czasie popływać sobie w oceanie musi się liczyć z dużym prawdopodobieństwem, że na brzeg już nie wróci. W Trincomalee cały czas słyszymy że ktoś się utopił bo wlazł do wody w czasie monsunu (słyszałem nawet o jakimś ministrze, który poszedł popływać i „odpłynął na wieczną wachtę…). Oczywiście nie jest tak , że jak zbliżysz się do morza to ono cię wciągnie w swoje odmęty i po tobie. Można łazić sobie w wodzie pod warunkiem, że nie włazi się zbyt głęboko. Dużym problem jest też kolor wody, który podczas pory deszczowej robi się nieciekawy, brunatno szaro granatowy.  Jeżeli chodzi o środek wyspy, gdzie mamy nasz biały domek numer dwa i gdzie też jeździmy z naszymi klientami tam sytuacja wygląda trochę inaczej. Tam właśnie najciekawiej jest podczas sezonu deszczowego kiedy woda w rzekach jest wysoka i powoduje, że na każdym kroku możemy zobaczyć fantastyczne wodospady a rafting na rzece Kitulgala po prostu kosi! Jak zapewne wiecie my organizujemy wycieczki cały rok i problem polega zawsze na tym żeby tak ustawić wyprawę, żeby wszyscy byli mega zadowoleni. Bazując na moim osobistym doświadczeniu mogę powiedzieć, że jedynym miesiącem kiedy można sobie Sri Lankę odpuścić jest listopad. Wtedy na całej wyspie pogoda jest niespecjalna bo  jeden monsun odchodzi a drugi przychodzi i tak się to wszystko jakoś dziwnie miesza że wtedy rzeczywiście leje jak cholera. Wszystkie inne miesiące są ok a najlepsze z nich to według mnie styczeń, luty, marzec i lipiec sierpień wrzesień. Wtedy pogodę macie na bank i wszystko jest po prostu za 100 punktów. Teraz następny problem. Gdzie , ze względu na tę pogodę jechać- czy na wschód czy na zachód i południe. Szczerze wam powiem- nie wiem… A właściwie to wiem – trzeba przyjechać dwa razy- raz na wschód/północ a potem na zachód/południe.  Te dwa regiony są tak różne że z powodzeniem mogłyby należeć do innych krajów. Północ i wschód to dziki nieodkryty kraj. Jaffna- miasto na północy- pełne kontrastów- totalna bieda ale ludzie super przyjaźni ludzie ugoszczą cię jak króla, dodatkowo fantastyczne zabytki, świątynie, totalny miszmasz religijny. Plaże średnie, ale są wyspy na które można popłynąć archaicznym promem i zwiedzić lokalne zabytki. Poza tym pozostałości po wojnie na każdym kroku też na swój sposób fascynujące. Aha, no i owoce morza najwspanialsze na swiecie i mega tanie! Jadąc na południe- Trincomalee o którym pisałem milion razy a wiec piękne szerokie piaszczyste plaże i totalnie dzika nieokiełznana natura. Tutaj za darmo zobaczysz to za co na południu musisz słono zapłacić. Dalej Kalkudah, Passikudah i Batticaloa a więc kolejne plaże i cisza spokój luz i chill out. I wreszcie Augam Bay- mekka surferów i fale jak olbrzymy!

Z kolei południe i zachód bardziej zorganizowane bo tam cała turystyka a więc Marrioty, Hiltony, puby, restauracje, turyści i atmosfera świetna dla kogoś kto lubi gdy coś się dzieje. No i te plaże… Na południu są najwspanialsze na całej wyspie ponieważ tam jest mnóstwo palm kokosowych rosnących wszędzie. Palmy plus biały piasek plus turkusowy ocean  to efekt bombowy!

My mamy dużo szczęścia bo znamy tutaj mnóstwo świetnych ludzi i możemy zorganizować wszystko od nurkowania do dajmy na to skoku na bungee jeżeli tylko ktoś ma na coś takiego ochotę. Mamy świetnych przyjaciół, którzy na południu prowadza fantastyczny hotel (muszę przyznać z zazdrością, że o niebo lepszy niż mój biały domek w Trinco) i kiedy na wschodzie panuje monsun my jeździmy plażować właśnie tam. Teraz kompletuję już następną wyprawę na luty (bo na styczeń mam już full) i jestem pewien, że każdy kogo tam zawieziemy będzie chodził jak naćpany z zachwytu przez cały czas! I tam właśnie jeździmy od grudnia do kwietnia. A kiedy tam morze wzburzone to plażujemy u nas w Uppuveli gdzie dzika natura i zero turystów.  Dodatkowo jeżeli ktoś ma ochotę powłóczyć się po górach to jeździmy do Kandy przez cały rok choć najlepszy moment żeby tam pojechać to grudzień-  czerwiec bo jak wspomniałem wody wtedy w rzekach dużo a w związku z tym więcej przygód.

Także kończąc ten nudnawy wpis- przyjeżdżajcie o każdej porze a my już postaramy się żebyście przeżyli przygodę życia. O to możecie być spokojni…

The best of 2016

Siema Ludziska! Sezon ma się ku końcowi a wiec czas na podsumowanie tego roku. Działo się… Oj tak. Szczególnie w drugiej połowie kiedy to natłok fajnych rzeczy dosłownie mnie przytłoczył. Skłamałbym, gdybym powiedział, że robiłem to wszystko dla Was Drodzy Czytelnicy chcąc przybliżyć Wam życie na Sri Lance. Otóż nie. Robiłem to wszystko tylko i wyłącznie dla siebie, chcąc zapewne udowodnić sobie,że jeszcze nie jest ze mną tak źle i że dźwigając te pięć dych na karku jestem w stanie robić juble nie gorsze od tych jakie robią młodziki u których wyobraźnia w zasadzie nie działa i którzy pójdą na wszystko, żeby tylko wytworzyć w sobie odrobinę więcej adrenaliny. Adrenalina to życie! Ona daje siłę, wiarę i nadzieję szczególnie w moim wieku kiedy to, te trzy rzeczy ustępują miejsca lenistwu i poczuciu tzw. społecznego odrzucenia…

Od niemal dwóch lat namawiam Was na przyjazd tutaj. Chyba całkiem nieźle mi to idzie. Dość powiedzieć, że następna wyprawa, która odbędzie się w styczniu będzie liczyła 15 osób! To już coś. Wiem, że sporo ludzi zdecyduje się na wyjazd ze mną w następnym roku. I mogę smiało powiedzieć jedno- zróbcie to!!! Nie będziecie żałować. Kasa niewiele większa niż Chorwacja czy Grecja a wrażenia z dwóch-trzech tygodni włóczęgi po Sri Lance starczą na całe życie… Serio! Na całe!

Zacznijmy od początku. Oto chronologiczna lista najfajniejszych rzeczy, które wydarzyły się w sezonie 2016.

1. Adam’s Peak. Im dalej od tej wspinaczki, tym bardziej zaczynam ją doceniać. Człowiek poznaje tam samego siebie. Coś w tym musi być że tyle ludzi tam wchodzi. No i ten wschód słońca. Najpiękniejszy jaki widziałem w życiu!

adams-peak-sri-lanka-9

 

2. Góry Knuckles. Tyle razy już o nich pisałem, że nie ma sensu pisać po raz kolejny. Trzeba zobaczyć chociaż odnalezienie tego uroczego zakątka bez przewodnika to ciężka sprawa.

DSC08079

3. Wodospady. Chyba jestem ich fanem! Jest coś takiego w tej masie spadającej wody co mnie rozwala po prostu. A jak jeszcze można skoczyć i popływać pod wodospadem to już jest raj na ziemi.

DSC08334

4. Zwierzęta. Znam miejsca gdzie można bez ograniczeń obserwować krokodyle, słonie, warany, ptaki itp. itd. I w tym kontekście umieszczam zwierzęta na tej liście. A więc tak, owszem ale bez turystów, bez biletów wstępu bez dżipów, i całej armii Chińczyków z aparatami fotograficznymi. Tylko my i natura.

DSC07507

5. Wieloryby. Wiem, wiem to zwierzęta ale obserwowanie ich (szczególnie w Trincomalee) to coś tak spektakularnego, że jest to specjalny rodzaj zwierza! Jedno z najwspanialszych doświadczeń w moim życiu!

6. Nurkowanie. Moje największe odkrycie w tym roku i zapewne w całym życiu. Podwodne jaskinie przy Navy Island to po prostu kosmos!

7. Rafting. Spróbowałem i polecam każdemu! A jeszcze rafting w tak cudownych okolicznościach przyrody jak na rzece Kitulgala to już po prostu zbyt dużo szczęścia jak na moją biedną pecynę.

8. Wycieczki skuterowe naokoło Trinco. To jest po prostu bajka! Nigdy nie wiesz co zobaczysz i nie wiesz nawet czego możesz się spodziewać chociaż jesteś tam któryś raz z kolei. Nigdy mi sie to nie znudzi a miny naszych gości których tam wozimy mówia same za siebie.

9. Plaże. Sri Lanka to nirwana dla miłośników plaż (to nie moje słowa to cytat z Trip Advisor). Rzeczywiście – plaże po prostu oszałamiają. Wychodzisz np. na taką Sandy Bay albo Mirissę i masz wrażenie że to niemożliwe, że może być taki kolor wody, że ktoś założył ci jakieś magiczne okulary zniekształcające rzeczywistość. Tego żadną miara nie da się porównać z plażami w Europie. To jest zupełnie inna bajka. To są lata świetlne!!!

10. Ludzie. Nie tylko tzw. lokalsi którzy są zawsze uśmiechnięci i chętni do pomocy. Mówię tu o ludziach, którzy do nas przyjeżdżają – objuczeni plecakami w 99% uśmiechnięci i szczęśliwi że się tu znaleźli. To oni tworzą Sri Lankę. Bez nich w zasadzie byłoby tu nudno.

ONE LIFE

Przejechał dziesięć tysięcy kilometrów żeby na nią trafić. A ona przejechała tyle samo żeby trafić na niego. I co na to powiecie? Pomyślicie pewnie, że takie historie zdarzają się tylko w książkach, he? Stary zaciąga się głęboko papierosem i ze świstem wypuszcza dym, który unosi się zwolna do góry tworząc gęstą mgłę pod drewnianym sufitem. Poprawia się w bujanym fotelu który skrzypi niemiłosiernie a jednak ani dym ani skrzypienie nie przeszkadzają im wcale, bo czują podświadomie, że będzie to początek niezwykłej opowieści. Byłem przy tym jak pierwszy raz się zobaczyli, bo przecież musiałem tam być bo ona przyjechała tam ze mną. Wiedziałem od razu, że coś pomiędzy nimi zaiskrzyło bo znam ją lepiej jak siebie samego i dlatego właśnie od razu wiedziałem co tam jej chodzi po głowie. On był takim wolnym strzelcem, i to że trafił tam akurat wtedy jak my byliśmy to czysty przypadek. Mógł równie dobrze zamieszkać sto, dwieście a może i tysiąc metrów od nas i wtedy w ogóle by na siebie nie trafili. Ale jest cos takiego w naturze ludzkiej, nie wiem, intuicja jakaś a może siła wyższa czy przeznaczenie, które powodują, że musisz pojawić się właśnie w tej chwili w tym określonym miejscu. On akurat był w drodze do Indii, ale Sri Lanka spodobała mu się tak bardzo ze nie mógł się wyrwać z jej objęcia, a może po prostu nie chciał jak mają to w zwyczaju prawdziwi podróżnicy, którzy żyjąc z dnia na dzień przyjmują z radością wszystko co opatrzność daje im w prezencie. Przed jego przyjazdem patrzyłem na nią jak leży bezczynnie na plaży próbując znaleźć sobie jakieś zajęcie aby uciec przed wszechogarniającą nudą będąca dla jednych ukojeniem a drugich katorgą. Przyjechała ze mną do swojego ojca, a mojego brata, który wcześniej wbrew wszystkiemu i wszystkim z jakichś nieokreślonych pobudek postanowił osiedlić się tutaj i założyć mały hotel na plaży w Uppuveli. I dokładnie pamiętam ten dzień kiedy on się tam pojawił pytając o pokój. My mieliśmy drogie pokoje, więc kiedy on usłyszał cenę z miejsca chciał się stamtąd zabierać, ale jak wam mówiłem wcześniej- opatrzność chyba czuwała nad nimi, bo pomocnik Starego, bez zastanowienia zaproponował mu miejsce na poddaszu za jakieś śmieszne pieniądze , czego nigdy wcześniej nie robił, a jak później go spytałem dlaczego, to on powiedział że wtedy czuł podświadomie, że musi to zrobić i dlatego właśnie to zrobił bez konsultacji ze Starym i nie potrafił właściwie się z tego wytłumaczyć. Potem , wieczorem zdarzyło się co się zdarzyło a wiec on zaprosił jakiegoś miejscowego gościa na kolacje i powiadam wam, wszyscyśmy myśleli że oni maja inną orientację i że będzie się działo tego wieczora na poddaszu. Ale jak się okazało nie działo się nic bo to był tylko jakiś kolega, którego poznał wcześniej w drodze. Na drugi dzień widziałem jak pierwszy raz go zobaczyła kiedy wracając z plaży natknęła się na niego jak siedział w na werandzie i zapisywał coś w swoim notatniku. I mówię wam- nigdy nie wpadlibyście na to, ze cos między nimi będzie, ale ja od razu wiedziałem, choć nie powiedzieli sobie nic co mogłoby na to wskazywać. Jej ociec, choć sam niemłody to uwielbiał bratać się z takimi luzakami jak on. Po prostu czuł się młodszy w obecności takich ludzi. Jak wyjechał to wszyscy mówili mu, że zmienił się na gorsze, ale on tylko się uśmiechał bo wiedział, że jedyne co zrobił to przestał żyć tak jak oni a to było dla niego najlepsze co mogło go spotkać. I może właśnie dlatego szukał ludzi podobnych do siebie- ryzykantów którzy potrzebowali nie więcej jak pięć sekund aby podejmować najważniejsze decyzje w życiu i co więcej-decyzje te wprowadzali w życie. I właśnie dlatego młody tak mu się spodobał. Chwytał dzień i nie przejmował się jutrem. Któregoś dnia siedzieliśmy przy ognisku i słyszałem tego dzieciaka jak mówił do starego, że marzy o tym żeby sprzedać wszystko co ma i ruszyć w drogę na dwa trzy lata, żeby poznać świat i widziałem jak obu im iskrzyły się oczy na ten pomysł który dla innych byłby przecież jakimś totalnym nieporozumieniem. Stary powiedział mu wtedy, ze on nie może, bo zrobił już to co do niego należało, ale że on –młody ma tylko jedno życie i jeżeli uważa, że to właśnie jest dla niego najlepsze to niech po prostu na to pójdzie i nie myśli o niczym innym. Wtedy już widziałem w oczach chłopaka jakiś przebłysk podjętej decyzji. Mam mieszkanie- mówił- które mógłbym bez problemu wynająć i za te pieniądze podróżować przez kilka lat, zwiedzić Amerykę Południowa , Azję a nawet Australię i Nową Zelandię! Przez te kilka dni tak się ze sobą zaprzyjaźnili, że młody nie myślał w ogóle o wyjeździe. Doszło nawet do tego, ze musiał spać na hamaku kiedy w domu nie było pokoju i wcale mu to nie przeszkadzało bo czuł, że to miejsce i ci właśnie ludzie są najlepszą rzeczą jaka mogła mu się przytrafić. Czerpał pełnymi garściami z tej dziwnej przyjaźni i wtedy jeszcze nie myślał tak do końca o niej a i ona raczej nie myślała o nim. W końcu jednak nadszedł czas pożegnania, bo oni jechali na tygodniowy wypad w góry Knuckles, a on chciał trochę posurfować w Arugam i trzeba było się pożegnać co nastąpiło któregoś poranka kiedy to pod dom zajechała ciężarówka mająca zabrać ich do Kandy. Patrzyliśmy z młodym jak pakują się na pakę i odjeżdżają śmiejąc się wesoło z okoliczności w jakich przyszło im podróżować. Gdy odjechali od razu widziałem że cos w nim pękło. Nie mógł znaleźć sobie miejsca i przysiągłbym, ze słyszałem jak pomstuje na siebie że nie pożegnał jej właściwie tak jak tego obydwoje by oczekiwali. Potem odjechał i a ja zostałem sam w domu i czułem ze brakuje mi tego wszystkiego co było, ale zaraz praca pochłonęła mnie tak ze prawie o tym zapomniałem. A oni wrócili po tygodniu i wiecie co? Okazało się, że młody dojechał do nich do Kandy po dwóch dniach zaledwie, bo choć w Arugam byli sami tacy luzacy jak on, to jednak to nie było to i on doskonale wiedział, że musi się z nią jeszcze spotkać. Wtedy tez widziałem jak ona się zmienia. Coś w nich pękło w czasie tego pobytu w Kandy i od tej pory już wszędzie chodzili razem i spędzali ze sobą tyle czasu ile tylko mogli. Stary opowiadał coś o niesamowitej przygodzie w górach Knockles, gdzie odcięci od świata doświadczali rzeczy wręcz niewiarygodnych. I ja wiedziałem, że oni się zmienili. Teraz młody odnosił się do starego z sympatią, ale najważniejsza była już ona i to z nią rozmawiał godzinami o rzeczach, które omawiane w innym towarzystwie i w innych okolicznościach byłyby po prostu nudne. Mogłoby to trwać i trwać, ale na wszystko musi przyjść koniec a ponieważ oni byli z innych zupełnie części świata więc to nie mogło się udać. Tego dnia spakowali plecaki i ruszyli do Kolombo na samolot który następnego dnia miał ich zawieźć do domu. Młody oczywiście pojechał z nimi bo zapewne nie chciał popełnić tego samego błędu jak kilka dni wcześniej, kiedy pozwolił jej odjechać do Kandy bez pożegnania. Całą drogę trzymali się za ręce o on, z tego co usłyszałem , szeptał jej do ucha tylko jedno słowo- zostań. Do końca byli razem aż do bramek przy których musieli się pożegnać I było to bardzo trudne dla nich obojga, bo oboje do ostatniej chwili mieli nadzieję, że cos się zmieni i w jakiś cudowny sposób będą mogli być razem. A teraz musieli się rozstać. Powiadam wam, nie chciałem na nią patrzeć ja staliśmy już bez niego w kolejce do odprawy. W pewnej chwili powiedziała, że musi zostać. Ja na to że przecież ma sprawy do załatwienia a ona że może właśnie tutaj są te właśnie sprawy które musi załatwić. I wtedy, nie wiem dlaczego przysięgam- nie wiem, powiedziałem jej dwa słowa- jedno życie. A ona za moment objęła mnie mocno i cicho wyszeptała mi do ucha- dziękuję i przepraszam. I już jej nie było a ja nawet nie próbowałem jej zatrzymać. Nie pytajcie mnie dlaczego to zrobiłem bo wam nie odpowiem. Wiele razy się nad tym zastanawiałem i nie wiem czy wtedy w tym właśnie momencie to byłem ja, czy też jakiś ich anioł stróż przemawiający przeze mnie. Nie mam pojęcia, ale teraz po trzech latach wiem, że zrobiłem dobrze bo czasem musimy w życiu iść na całość ryzykując wszystko ale mając w perspektywie o wiele więcej do wygrania. Ot i cała historia. W ciszy jaka teraz następuje słychać tylko oddechy słuchających go dziewczyn i miarowe skrzypienie bujanego fotela. Ale jak to cała historia- nie wytrzymuje jedna z nich-przecież to na pewno nie koniec! Minęły trzy lata i co się z nimi stało? Ma pan jakiś kontakt z nimi? Jak im się poukładało w życiu??? Ach, prawda – zapomniałbym o najważniejszym. Stary wstaje z fotela i otwiera jedną z szuflad komody stojącej przy ścianie, wyciągając z niej gruba kopertę. Mają taki zwyczaj, ze zamiast kartek wysyłają mi zdjęcia z różnych miejsc na świecie w których byli. Wyciąga pokaźny plik fotografii i kładzie na stole. Na nich roześmiani szczęśliwi ludzie w lesie deszczowym, na pustyni, na rafie koralowej, na tle potężnych gór, łowiący ryby w jakiejś olbrzymiej rzece a innym razem skaczący ze spadochronem nad żółtą pustynią. Zwiedzili przez te lata chyba już cały świat! Nic nie piszą? Pyta jedna z dziewczyn oglądając zdjęcia z drugiej strony. Właśnie, że nie! Naklejają tylko znaczki i właściwie to po znaczkach wiem gdzie w tej chwili się znajdują. Popatrzcie tylko- Nepal, Australia, Indonezją, Wietnam… Jest trochę tego… Właściwie to muszę wam powiedzieć, ze kilka miesięcy temu napisali parę słów, ale te kartkę czy też zdjęcie oglądam tylko przy specjalnych okazjach. Pokaże pan? A niech to- znacie już tę cała historie to musicie poznać jej epilog. Stary ponownie otwiera szufladę a tam cienka tym razem koperta a w niej jedno tylko zdjęcie. Na znaczku napis Sri Lanka a na fotografii stoją razem na przepięknej plaży. Ona w zwiewnej białej sukience z wiankiem świeżych kwiatów na głowie i małym bukiecikiem w dłoniach, on tez na biało w lnianej koszuli. Stoją przed jego bratem, który podaje im obrączki. Na odwrocie grubym, czerwonym flamastrem napisane tylko dwa słowa- JEDNO ZYCIE!.

 

 

 

Sprawa kradzieży, rafting, wieloryby, motocyklowe opowieści

No to teraz daj mi papieroska! Patrzę na Beatę- pełnia szczęścia! Siedzi z nogami zanurzonymi w krystalicznie czystej wodzie a małe rybki obgryzają jej naskórek. Kilkanaście metrów dalej cudowny wodospad z hukiem rozbijający się o powierzchnie wody…

Jesteśmy we czworo razem z przemiłymi znajomymi z Holandii, którzy wpadli do nas do Kandy po tym jak odlecieli z wrażenia w Trincomalee siedząc w Little White House chyba z tydzień dłużej niż planowali. Mi w sumie do szczęścia też nic nie brakuje bo Bambarakiri gdzie obecnie jesteśmy uważam za najpiękniejszy zakątek Sri Lanki a poza tym jakieś pięć minut temu wyciągnąłem z torby dwa piwa które teraz chłodzą się nieopodal w zimnej wodzie. Już się robi szefowa- rzucam krótko i zasuwam do skałki na której zostawiłem torbę ze wszystkim. Torby nie ma… Cholera! Może w innym miejscu położyłem… Łażę naokoło na około i rozglądam się z coraz większym zaniepokojeniem. No gdzie te fajki? No nie wiem, w torbie były… A gdzie torba? Kurcze tu była na tej skale. Piwa przed chwilą z niej wyciągałem… Co ty gadasz? Beata już lekko wystraszona przerywa swój zabieg fish spa i wychodzi na brzeg. Gdzie ta torba do jasnej cholery? Tu była. Tu obok plecaka Maureen! No to już nie ma! Na pewno tu kładłeś. No żebym skisł! Może spadła z wodospadu. Rozchodzimy się we czwórkę (w międzyczasie Maureen i Thijs dołączają do nas) i gapimy się w dół, szukamy po krzakach i skałkach. Torby niet… Ja pierdolę, kurwa mać!!! Co tam miałaś?? No wszystko- dowód, prawo jazdy, karty kredytowe i… paszport. Robi mi się gorąco z wrażenia. Jak to paszport? No paszport zabrałam z domu i był w torbie. O Boże! Siadam, bo czuję,  że zaraz walnę na glebę. Przypominam sobie, że  ja w torbie schowałem portfel a tam tez wszystko… oprócz paszportu który szczęśliwie w Little White House…

Po kilkunastu minutach przerywamy poszukiwania bo nie ma to najmniejszego sensu. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy- torbę z paszportem ktoś najwyraźniej sobie przywłaszczył. Co robić? Przecież na Sri Lance nie ma nawet polskiej ambasady! Wracamy do auta. Major drzemie oparty o kierownicę. Tłumaczę mu na migi, że zarąbali nam torbę , ale on jak zwykle ni cholery nie kuma. Dzwonię więc do kolegi i proszę żeby wytłumaczył Majorowi co się stało. Ten jak słyszy o co chodzi zrywa się i pędzi nad wodospad. Biega w koło szuka, a nawet pyta się jakiejś baby czy nic nie widziała. Oczywiście ani widu ani słychu. Trzeba na policję, nie ma rady! Major gada coś do mnie i z jego wywodu wnioskuję, że w Rattocie , 5 km w dół jest komisariat policji gdzie trzeba zgłosić całą sprawę. Ano jak trzeba to trzeba, mówię. Pakujemy się do naszego wycieczko-busa i zjeżdżamy do Rattoty. Tam komisariat pomalowany na niebiesko a na zewnątrz spora grupa petentów. My pakujemy się bez kolejki do środka. Komisariat wygląda jak więzienie z filmu Rio Barvo. Brakuje tylko Johna Wayne’a. Pomieszczenie o około 50 m2 z kilkoma stołami przy których siedzą policjanci i jacyś ludzie próbujący tak jak my coś załatwić. Z lewej strony kicie a w nim jakiś smętny osobnik trzymający się krat i dyskutujący spokojnie z kobitą z drugiej strony. My walimy do ostatniego stolika przy którym siedzi potężny chłop, który informuje nas uprzejmie, że musimy najpierw wszystko opisać a potem oni wystawią zaświadczenie, że sytuacja rzeczywiście miała miejsce. Siadam więc przy innym stoliku i opisuje wszystko- dnia tego i tego o godzinie tej i tej, bla bla bla. Po kilku minutach wracam i oddaję kartkę olbrzymowi. Ten gapi się na nią i jestem pewien, że rozumie może z tego co napisałem jakieś 5 %. Idzie potem gdzieś z tą kartką a my jak te pały czekamy nie wiedząc za bardzo co robić. Przyglądam się więźniowi stojącemu za kratkami. Portki w kancik, różowa koszula, całkiem inteligentny wyraz twarzy- gdyby nie kraty mógłby z powodzeniem być pracownikiem komisariatu.  Chłop wraca z kartką i informuje nas, że czas na wizję lokalną. Deleguje dwóch osobników, którzy wsiadają na motor i razem z nami jadą na miejsce zdarzenia. Jeden z nich zostaje przy motorze a drugi idzie nad wodospad gdzie w zasadzie nie robi kompletnie nic i mam wrażenie, że najchętniej zrzuciłby swoje policyjne portki i hulnął na banię ze skałki. Wracamy razem, a oni gadają, że trzeba z powrotem do komisariatu bo oni teraz dopiero wystawią nam pismo o kradzieży. Ja w tym momencie tracę już cierpliwość i informuje ich , że dłużej nie będę czekał i my pojedziemy dalej w trasę a jak wieczorem będziemy wracać to podjedziemy po pismo.

Jedziemy więc dalej z naszymi przyjaciółmi i oglądamy góry Knuckles a po południu wracamy na posterunek policji w Rattocie. Tam pustki . Ni ma nikogo jeśli nie liczyć faceta w pace i trzech policjantów. Każą usiąść a jeden z nich idzie do jedynego tam komputera i zaczyna pisać owe potwierdzenie o dokonaniu kradzieży. Idzie mu ta robota wyjątkowo ciężko tak że my mamy czas pooglądać sobie komisariat.  Facet siedzący w pace stoi przy kratach i gapi się na nas obojętnie.. Głupio mi trochę  więc odwracam wzrok i udaje , że go nie widzę. Nagle do komisariatu wpada jakiś inny gość w cywilu i zaczyna gadać z jednym z oficerów. W pewnej chwili policjant łapie delikwenta za ucho i targa nim z całej siły a widząc że my na to wszystko się patrzymy rzuca z głupkowatym uśmiechem- punishment! Za co ta kara, nie pytam przezornie, obawiając się trochę o swoje gable…

W końcu jest! Policjant wychodzi ze swojej pakamery i z tryumfalnym uśmiechem podaje nam kartkę na której widnieje jakiś tekst w języku syngaleskim. Nie zgubić, schować i pokazywać gdy ktoś o to poprosi – rozkazuje, a my szczęśliwi,że ta cała farsa się już kończy zrywamy się stamtąd stamtąd walimy do Kandy.

Co teraz robić? Normalnie nie byłoby problemu gdyby na Sri Lance była polska ambasada, ale najbliższa jest niestety  New Delhi w Indiach. Czytam w necie że istnieje coś takiego jak ETD (emergency travel dokument) i to coś można wyrobić w każdej ambasadzie europejskiej. Posiadając taki papierek można wrócić do Polski. Wybieram ambasadę niemiecką bo tak jak mniemam jest tam niemiecki porządek. Piszę maila i rzeczywiście w ciągu tego samego dnia dostaję odpowiedź, że owszem, nie ma sprawy, możemy przyjechać do Kolombo i oni nam to wystawią w pół godziny. Uffff. Kamień z serca. Tak nam się przynajmniej wydaje. Jedziemy za kilka dni i spotykamy w ambasadzie bardzo miłego człowieka, który informuje nas, że bez biletu powrotnego nie może nam wystawić tego dokumentu , ale że jak kupimy ten bilet (Beata nie miała biletu powrotnego bo chcieliśmy w drodze powrotnej kupić bilet do Bangkoku a stamtąd do Polski) to przed wylotem możemy do niego przyjechać i on nam to wystawi. Ok. Zamiast do Trinco walimy na południe gdzie kilka dni byczymy się na niebiańskich plażach a potem kupujemy bilet  i  z powrotem do ambasady. Tam następna afera! Wszystko fajnie, pan wystawia nam dokument, ale niestety bez autoryzacji przez polską ambasadę w New Delhi nie może nam go wydać. A polska ambasada każdy wie jaka jest! To nie jest niemiecki porządek tylko typowa polska olewka. Przede wszystkim okazuje się, że w tym dniu ambasada jest nieczynna bo mają w Indiach jakieś święto. Jest  czwartek, Beata leci w niedziele! Zostaje piątek na załatwienie sprawy a w piątek z kolei ambasada niemiecka jest nieczynna. Facet widząc nasze udręczone gęby lituje się nad nami i mówi tak. Masz tu panie kolego adres mailowy i numer telefonu do ambasady polskiej. Jutro oni tam będą więc dzwoń albo pisz żeby wysłali mi autoryzację na mojego maila. Okay fajnie, tylko to łatwiej powiedzieć niż zrobić, bo w ambasadzie polskiej pracują ludzie którzy wszystkich mają generalnie głęboko w dupie! Nie wspomne tutaj o konsulu honorowym w Kolombo, który to konsul toczka w toczkę przypomina Piotrka Fronczewskiego z filmu „Konsul” właśnie. Gość niby jest ale go nie ma- Email address-fake, telephone numbers-fake. Gówno, dupa, cyce! Podobnie jest z polską ambasadą w New Delhi. Ile ja się nie zadzwoniłem, ile ja nie wysłałem maili. ZERO! Nikt nawet nie raczył odebrać telefonu nie mówiąc o odpowiedzi na maila! W końcu jadąc autobusem z Kandy do Kolombo obczajam tzw emergency numer – dzwonić tylko w nagłych nagłych i beznadziejnych przypadkach. W dupie tam, dzwonię nasz przypadek przecie beznadziejny! Dwa sygnały i… odzywa się baba jakaś uprzejmie i pyta po co ja jej dupę zawracam. Jestem tak zaskoczony tym że ktoś raczył odebrać , że zapominam języka w gębie. Po kilkiu sekundach dochodzę do siebie i tłumaczę o co chodzi. Ona każe mi zrobić zdjęcia wszystkich pism i dokumentów które mamy i obiecuje, że wyśle autoryzacje do pana z niemieckiej ambasady. Robimy te zdjęcia w zatłoczonym autobusie, na kolanach na co nasi lokalni współtowarzysze podróży uśmiechają się z sympatią.. No! To teraz na koniec nerwówka jak jasna cholera, bo facet obiecał zostawić dokument w bramie ambasady. My w Kolombo jesteśmy jesteśmy 21 a Beata ma lot o 2 w nocy. Co jak gościu zapomniał? Bilet kupiony – kasa przepadnie! Ale nie! Niemiecki porządek! W ambasadzie cieć wydaje nam papier! Beata może wracać do Polski! Chociaż prawdę mówiąc liczyłem na to że dokumentu nie będzie i ona zostanie ze mną jeszcze z tydzień. Zegnamy się na lotnisku… Smutno mi strasznie. Zaraz potem siedze w autobusie do Trinio a Beata wysyła mi maila, że wszystko ok. i siedzi w samolocie.

Stoją oparci o ścianę hali odlotów, paląc papierosy dokładnie tam gdzie nad ich głowami wisi zakaz palenia. Plecaki ułożone na trawniku obok. Obok przechodzą ludzie obojętni, w pośpiechu bezładnie kręcąc się w koło w poszukiwaniu   kogoś kto ich pożegna bądź przywita.

Tylko dwie godziny, chyba musisz już iść.

A ty nie chciałbyś teraz wrócić ze mną?

Nie… To już chyba nie mój świat… Ale ty zawsze możesz zostać ze mną…

Wiesz, że nie mogę…

Wiem.

I co z tym zrobisz?

Mogę rzucić to wszystko i wrócić.

I będziesz do końca życia nieszczęśliwy?

Z tobą zawsze będę szczęśliwy…

Ona odwraca głowę…

Pół godziny później on siedzi w obskurnym autobusie wiozącym go na dworzec autobusowy skąd wróci na wschód. Kilka metrów od niego jacyś ludzie szarpią się a po chwili zaczynają okładać się pięściami po głowach. Afera. Pasażerowie przechodzą do przodu żeby popatrzeć, on jednak siedzi nieruchomo wpatrzony w brudną ulicę za szybą i myślami jest zupełnie gdzie indziej…

 

Epilog tej historii następuje kilka dni po tym jak nam buchnęli paszport. Otóż jedziemy z następną grupą w góry i kiedy przejeżdżamy przez Rattotę Beata nagle krzyczy- moja torba!!!! Stop! Drę się do Majora ale ten jak zwykle nie kuma bazy i jedzie sobie w najlepsze. Zatrzymuje się dopiero po kilkuset metrach. Wypadamy z samochodu i biegiem z powrotem. Kogo szukamy? Mała dziewczynka z matką – na 100% to mój plecak bo skórzany, z  frędzlami! Docieramy do miejsca gdzie była ta dziewczynka a tam już ani widu ani słychu. Kręcimy się jeszcze jakiś czas i w końcu sobie odpuszczamy. Jedna rzecz w tym wszystkim jest w sumie fajna- fakt, że plecak nosi jakaś dziewczynka a nie np. dwudziestoparoletni wypasiony cwel. Do Rattoty jeździmy często, więc pewnie kiedyś dorwiemy jeszcze złodzieja.

 

Tak więc Beata była tutaj przez miesiąc. I było super! To najlepszy miesiąc jaki do tej pory spędziliśmy na Sri Lance. Wydarzyło się przez ten czas tyle świetnych rzeczy co pewnie w całym życiu niejednego człowieka.

Pojechaliśmy po nią z Majorem. Samolot przyleciał o czasie ale ja stałem i czekałem chyba ze trzy godziny bo okazało się, że są jakieś problemy z odbiorem bagażu. Już normalnie myślałem, że gdzieś po drodze zabłądziła albo spóźniła się na samolot. Ale nie! Jest! Zmęczona ale szczęśliwa, że się wreszcie spotykamy. Zaraz też siadamy do naszego busa i pędzimy do Kandy.  Tam czekamy na tych znajomych znajomych Holandii o których pisałem powyżej. Są to przesympatyczni ludzie. Ona (Maureen) jest mistrzynią Holandii w sztafecie 4x400m i gdyby nie kontuzja to pojechałaby na olimpiadę w Rio. On (Thijs) jest po prostu świetnym gościem. Jedyny minus jest taki,  że oni jako sportowcy nic nie piją, ale przy nas wyrabiają się nieco i wieczorami przesiadujemy przy piwku. Cały nasz wspólny pobyt był ze tak się wyrażę mega fajny, ale dwie sprawy są warte opisania. Pierwsza to rafting na rzece Kitulgala, a druga to szalona jazda Majora na kanadyjskie tańce.

Zacznijmy od raftingu…

Kitulgale zobaczyłem przy okazji poprzedniej wyprawy, kiedy to jechaliśmy z Hatton do Ahangamy. Przejeżdża się przez wieś gdzie poza punktami oferującymi rafting nie ma zupełnie nic. Dosłownie lankijskie centrum raftingu! Już wtedy pomyślałem, że fajnie byłoby przywieźć tutaj ludzi, tym bardziej, że rzeka Kitulgala jest znana z tego, że był na niej kręcony świetny angielski film „Most na rzece Kwai”. Tak więc dziewicza dżungla a przez jej środek wije się rzeka tworząc kaskady przez które trzeba się przedostać. Jedziemy oczywiście z Majorem i jest to dość długa podróż,  bo Kitulgala znajduje się 70km od Kandy co jest jak na tutejsze warunki dystansem kosmicznym. Ale po drodze świetne góry i krajobrazy,  o których niejeden mógłby sobie tylko pomarzyć!

W końcu jesteśmy jesteśmy i zatrzymujemy się w pierwszym punkcie we wsi. Tam już na nas czekają z kaskami, wiosłami i potężnym pontonem. Zakładamy kapoki i schodzimy nad rzekę. Piękna jest… Wygląda jak jedna z naszych górskich,  ale na brzegach rosną jakieś egzotyczne drzewa i palmy, tak że klimacik  całkiem całkiem. Po chwili koledzy z góry znoszą ponton na wodę i wsiadamy. Jeszcze tylko krótka lekcja dotycząca zachowania się na łódce. Są cztery komendy- forward, backward, hold the line i get down. Z tego co rozumiemy get down (padnij) robi się wtedy gdy już jest naprawdę niebezpiecznie, więc to jest najważniejsza komenda na naszym „statku”. Jak się później okazuje niektórzy, tak jak moja kochana żona bez względu na to jaka pada komenda, robią get down właśnie. Ale i tak jest dumny z niej że dała radę.  Zaczynamy od małej kaskady tak dla wprawy… Mała a i tak każdy drze mordę ze strachu i ze śmiechu! Potem płyniemy coraz szybciej i kaskady są coraz większe tak, że przy najbardziej okazałych mam wrażenie, że ponton się zraz wywali. W pewnym momencie nasz kapitan dobija do brzegu i każe nam wysiąść. Tutaj, prawda, znajdował się most wybudowany na potrzeby filmu „Most na rzece Kwai” i jeśli państwo sobie winszują to jak najbardziej można sobie fotki strzelić. Rzeczywiście wygląda na to , że most jakowyś tu się znajdował, bo ze skał wystają jeszcze zardzewiałe pręty służące kiedyś pewnie do podtrzymywania całej konstrukcji. Robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy dalej.

Ostatnie dwie kaskady są już całkiem spore i w zasadzie to wszyscy już robimy get down a nie tylko Beata. Potem niespodzianka! Kapitan pyta czy chcemy zrobić body rafting czyli spływanie bez łódki. Pewnie czemu nie. Bea tylko próbuje protestować ale ja rzucam krótkie –one life i „pomagam” jej nieco w wyskoczeniu z pontonu. Jest fajnie tylko trzeba płynąć na plecach bo można kulasami zawadzić o podwodne skały, a to boli… Moja żona co chwile tylko- Wooojteeek, Wojteeek, trzymaj mnie za ręke!!! Trzymam i widzę, że mimo strachu micha jej się cieszy od uch do ucha!.  Spoko ten body rafting, nie ma co! W radosnych nastrojach dopływamy do punktu końcowego a tam w tuk tuka i do Majora. Po drodze włazimy jeszcze na fantastyczny most linowy zawieszony wysoko nad rzeką. Widoki niesamowite!

Reasumując. Świetna wyprawa. Może to nie rzeka Kolorado, ale dreszczyk emocji jest no i przede wszystkim ta okolica, która wprawia w osłupienie największych twardzieli. Pomimo ceny, która niska nie jest  (bo to i transport i cena za ponton z przewodnikiem) z całym przekonaniem polecam to miejsce i cosik mi się widzi, że wkrótce znów tam zawitam.

 

Teraz sprawa tańców kanadyjskich i podwózki Majora, która przejdzie do historii. O tańcach tych pisałem już kiedyś tutaj. Fajne przedstawienie z bębnami, tancerzami , chodzeniem po rozpalonych węglach itp. itd. Postanowiliśmy pokazać tę szopkę naszym holenderskim znajomym. Ja już od razu widziałem,  że ciężko będzie dojechać nam na miejsce bo a. Major kompletnie nie wiedział gdzie to miejsce się znajduje, b. Kandy o tej porze dnia jest tak zakorkowane,  że kilometr jedzie się chyba z godzinę. Ale Major jak to Major . Uparł się,  że nas tam dowiezie i tyle. Przed tańcami byliśmy w ogrodzie botanicznym Peradenija. To na drugim końcu miasta, więc szanse na dojechanie na tańce marne tym bardziej, że zostało 20 minut. Zasuwamy chyba ze 100 na godzinę. Eee dobrze jest chyba nam się uda mówie do mojej brygady z podziwem patrząc na naszego kierowcę. Ledwo wypowiadam te słowa a tu korek tak potworny, że ktoś kto nie był nigdy w Azji nigdy sobie tego nawet nie wyobrazi. Major klnie pod nosem próbuje z lewej, próbuje z prawej, gdzie tam. Trzeba stać i już. W końcu udaje się nam wyrwać z tego piekła na ziemi,  ale nie na długo bo Major skręca w jakieś miejsce, które nie jest tym miejscem i w związku z tym wracamy z powrotem w ten sam kocioł z którego się przed chwilą wydostaliśmy. Jest za pięć szósta, więc zostało pięć minut. Coś się zaczyna ruszać, ale niestety tylko przez jakieś 500 m a potem rondo zajebane (sorty, ale to jedyne właściwe słowo) tak, że zaczynamy się obawiać czy wyjedziemy stąd w ogóle!

Major nie daje za wygraną i wali po wewnętrznej i wszystko byłoby ok. , ale na jego drodze staje malutkie auto Tata z jakimś staruchem i dzieciakiem w środku. Potworny huk, zgrzyt pocieranej blachy o blachę i dupa- stoimy. Patrzę na twarze tych gości z autka- wyglądają obydwaj jakby mieli właśnie zawał! Gęby i oczy szeroko otwarte z przerażenia, siedzą nieruchomo jak żona Lota. Major wychodzi z busa i powolnym krokiem, majestatycznie z tym swoim ogromnym bandziochem zbliża się do auta . Pierwsze  co robi to zbiera z ulicy lampę która wypadła z jakimiś kablami i przełącznikami i próbuje wepchać tę lampę w dziurę w której oryginalnie przed uderzeniem się znajdowała. Nic z tego. Lampa trzyma się co prawda przez kilka sekund, ale zaraz z hukiem wypada na glebę. W tej sytuacji Majorowi nie pozostaje nic innego jak wydrzeć papę na biednych pasażerów autka. Oni w ogóle nie protestują, choć doskonale wiedzą , że wina nie leży po ich stronie. Kiwają smętnie głowami gdy grubas tłumaczy im , że to oni nie powinni być w tym miejscu o tym właśnie czasie na tym właśnie rondzie. Dwie, trzy minuty rozmowy i już … Zero policji, zero spisywania czegokolwiek. Rozwala nas wszystkich jeszcze Thijs, który podchodzi do tej całej jatki i zadaje jedno, krótkie i zasadnicze pytanie- Major and what about dancing??? Dla nas to mega śmieszny żart, ale Major najwyraźniej bierze tę uwagę do serca bo za chwilę już siedzimy w busie i pędzimy na łeb na szyję żeby choć chwilę poobserwować tańce. Wpadamy na ostatnie 10 minut i wpuszczają nas za darmo. Same tańce też fajne,  ale najfajniejsza jednak w tym dniu była ta zadyma na drodze…

Któregoś dnia po raz kolejny wybieramy się w morze pooglądać wieloryby. Zawsze myślałem, że z tymi wielorybami w Trinco jest tak jak z lampartami w parku Yala. Wszyscy mówią, że są, ale nikt ich nigdy nie widział. Przypływają one dwa razy w roku za ławicami krewetek krewetek pobliże wschodniego wybrzeża koło Trinnco i są tam dwa, trzy tygodnie a potem koniec balu panno Lalu- płyną dzieś dalej gdzie nie sposób je namierzyć. Teraz jednak w tych dniach coraz więcej ludzi opowiada, że widzieli, a jakże, i to nie jednego, ale nawet po dziesięć. Jest u nas sympatyczna rodzina z Anglii i oni chcą jechać więc my walimy z nimi bo mamy w ramach wdzięczności za nagrywanie klientów, za darmo. Wyrusza się ok. 5,30 rano, kiedy na dworze jeszcze szarówka. To fajne uczucie tak wstać wejść do łódki i wypłynąć w morze, które jeszcze się do końca obudziło. Zanim dopływa się na miejsce to w międzyczasie wychodzi słońce i jest tak jakby ktoś zapalił na niebie potężną lampę,  której światło powoli przechodzi wszystkie odcienie złota. Tym razem słońce pojawia się jednak na chwilę i znika pod nawałnicą chmur. Jest szaro i ponuro a na dodatek zaczyna srogo bujać i dupy nas już zaczynają boleć od tej karkołomnej jazdy. Kapitanem naszej łajby jest chłopak, którego dobrze znam,  bo pływałem z nim wcześniej nurkować na Navy Island. I ten gościu wbrew wszelkim obowiązującym podczas oglądaniu wielorybów zasadom (mówiącym, m.in., że tam gdzie najwięcej łódek, tam musi cos być) odłącza się od całej tej gawiedzi i samotnie rusza w stronę horyzontu. Płyniemy może z 5 minut po czym on zatrzymuje łódź i stoimy wypatrując. Nagle słyszymy wrzask WHALEEEEES!!!!! i po chwili pędzimy już chyba z 500 na godzinę w kierunku wskazanym przez kapitana. Zaczynam intensywnie wpatrywać się w horyzont i nagle widzę olbrzymią fontannę wydobywającą się z wody. Puuuuuuch! O Jasnogórska Panienko, chyba wreszcie mamy to! Tyle razy próbowałem a teraz- proszę bardzo, są!! Na pierwszy ogień idzie parka olbrzymich osobników, która jednak pokazuje nam na chwilę swoje ogony i tyle je widzimy. Bo rozumiecie , z płetwalami błękitnymi to jest tak. One wcale nie pływają sobie godzinami jak kłody na powierzchni, tylko są na niej może z minutę i dają nura w głębiny. Dlatego właśnie tak często widać wielorybie ogony na zdjęciach. One wtedy właśnie idą w dół! I co wtedy robimy my? Ano nic… Czekamy. I to jest najbardziej w tych bezkrwawych łowach interesujące. To czekanie właśnie. Po prostu nigdy nie wiesz  kiedy i gdzie wieloryby się znowu wynurzą. Pod wodą pozostają ok. 10 minut i sytuacja powtarza się od nowa.  My pływamy jak szaleni, choć buja jak cholera i dupska nam już odpadają od tych skoków na falach to jednak nikt nie narzeka i wszyscy są podnieceni i szczęśliwi. Obok mnie siedzi Chinka, która za każdym razem  gdy widzi wieloryba wybucha tak serdecznym i zarażającym śmiechem, że jak też, mimo woli zaczynam się uśmiechać mimo woli. Na koniec wisienka na torcie. Dwa potężne osobniki wynurzają się na tyle blisko, zdążamy do nich dopłynąć i towarzyszymy im chyba z minute obserwując ich potężne cielska. Boże co to za piękne i majestatyczne zwierzęta! Człowiek ma wrażenie, że nie znaczy nic wobec takiego ogromu! Szkoda, że gdzieniegdzie jakieś kurwy urządzają sobie na nie polowania. A odrzuć cwelu jeden harpun czy armatę i wyjdź z takim płetwalem na solo. Zobaczymy wtedy kto większy kozak!

W cudownych nastrojach wracamy do domu. To jedno z najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu. W ogóle musze się przyznać, że w ciągu ostatnich czterech miesięcy zrealizowałem wiecej marzeń niż w całym swoim życiu! Niektórzy mówią mi, że nie pojadą do Azji bo to syf i malaria i oni w takim gównie nie będę wypoczywać. To ja zawsze pytam się ich a skąd wy ludzie wiecie jak tutaj jest??? Jakim prawem oceniacie miejsce, w którym nigdy nie byliście? Owszem jest spore prawdopodobieństwo, że jeżeli jesteście przyzwyczajeni do luksusów Chorwacji, czy Grecji to możecie przeżyć tutaj szok i będziecie spieprzać stąd w podskokach na drugi dzień po przylocie! Ale może tez być tak, że tak jak ja, wpadniecie w tę Azję tak jak narkoman wpada w nałóg heroinowy i za cholerę nie może się z niego uwolnić! Parafrazując klasyka -  Azja ma sporo minusów ale ma też sporo plusów i chodzi własnie o to, żeby te  minusy nie przesłoniły wam tych plusów. Jeżeli pokochacie Azję tak jak ja to nie będzie wam zupełnie przeszkadzał syf na ulicach miast czy zatłoczone do niemożliwości autobusy a powiem więcej zacznie się wam to w pewien sposób podobać. Dla mnie Azja jest stanem umysłu. Stanem psychicznym z czasów dzieciństwa, kiedy wszystko było dla ciebie tak odlotowe, że cały czas, od rana do wieczora chodziłeś tak jak na niezłym haju. Ja własnie non stop chodzę tutaj na pozytywnym mentalnym haju!!!

Jak przyjechała Beata to od razu wypożyczyłem od mojego kumpla Vinotha fajowy skuter Honda o dosć dużej mocy i zaczęliśmy sobie jeździć po okolicy odkrywając przepiękne tereny i obiekty. Ech, nie ma to jak wskoczyć na skutera i walnąć na jakąś fajną plażę gdzie oprócz ciebie nikogo oprócz może krowy czy psa. Jazda na skuterze w tym kraju przypomina te gry komputerowe gdzie chodzi się jakimś ludzikiem i zbiera różne złote monety i inne obiekty, z ta różnicą, że ty jadąc takich obiektów starasz się uniknąć. Jakie to obiekty? Ano wymieniam w kolejności od największego i najgroźniejszego do najsłabszego.

Autobusy

Słonie

Ciężarówki

Vany

Krowy

Auta osobowe

Tuk Tuki

Rowerzyści

Motocykliści

Skuterowcy

Piesi

Kozy

Sarny

Psy

Koty

Ptaki

Tych obiektów unikaj jadąc na skuterze a twoim największym przyjacielem niechaj będzie klakson, którym obtrąbisz wszystko w czasie wyprzedzania. I nic się nie przejmuj – nikt ci za to trąbienie nie da po gębie, bo wszyscy tutaj trąbią! Możesz nie mieć świateł silnika czy hamulców, ale klakson musi być! Przeżyliśmy na tym skuterze cudowne chwile odkrywając „rzeczy w które wy ludzie nigdy byście nie uwierzyli” (Rutger Hauer- Łowca Androidów, przypis autora he he!) , takie jak jezioro pełne krokodyli , ruiny świątyń czy według mnie najpiękniejszą plażę na Sri Lance- Sandy Bay.

Mieli świadomość, że został im jeszcze wspólny tydzień, więc nie wspominali słowem o jej powrocie. Po prosu dali się ponieść tej atmosferze totalnego luzu i szczęścia. Za dnia włóczyli się po okolicy odkrywając nieznane lądy gdzie czas się zatrzymał, albo płynął tak wolno jakby stał w miejscu a oni płynęli razem z nim nie zważając na nic,  bo zupełnie nic nie zaprzątało ich umysłów. Wieczorami kochali się w świetle księżyca bez słowa, bez dźwięku, który zakłóciłby spokój ich dusz i wiedzieli,  że w tych momentach nie oni sa częścia świata, ale że świat jest częścią ich, szczelnie zamkniętą w nich samych.

Mogłabym chyba zostać tu jeszcze dwa tygodnie…

Zostań dwa lata…

sperm-whale

Piszę, poczekajcie…

Stoją oparci o ścianę hali odlotów, paląc papierosy dokładnie tam gdzie nad ich głowami wisi zakaz palenia. Plecaki ułożone na trawniku obok. Obok przechodzą ludzie obojętni, w pośpiechu bezładnie kręcąc się w koło w poszukiwaniu   kogoś kto ich pożegna bądź przywita.

Tylko dwie godziny, chyba musisz już iść.

A ty nie chciałbyś teraz wrócić ze mną?

Nie… To już chyba nie mój świat… Ale ty zawsze możesz zostać ze mną…

Wiesz, że nie mogę…

Wiem.

I co z tym zrobisz?

Mogę rzucić to wszystko i wrócić.

I będziesz do końca życia nieszczęśliwy?

Z tobą zawsze będę szczęśliwy…

Ona odwraca głowę…

Pół godziny później on siedzi w obskurnym autobusie wiozącym go na dworzec autobusowy skąd wróci na wschód. Kilka metrów od niego jacyś ludzie szarpią się a po chwili zaczynają okładać się pięściami po głowach. Afera. Pasażerowie przechodzą do przodu żeby popatrzeć, on jednak siedzi nieruchomo wpatrzony w brudną ulicę za szybą i myślami jest zupełnie gdzie indziej…

GARŚĆ PRZEMYŚLEŃ, ŚWIĘTO THAIPUSAM, NOWY WSPÓLNIK I NURKOWANIE

Żyjemy tu w zgodzie z naturą. Rano budzi nas śpiew ptaków i delikatny powiew wiatru znad oceanu. Budzimy się ze świadomością, że mieszkamy na rajskiej wyspie, gdzie cały rok jest ciepło i większość czasu świeci słońce, ludzie się cały czas uśmiechają,  a ocean ma kolor bajkowy tak ,że trudno uwierzyć,  że stworzył się samoistnie, bez udziału jakiejś istoty wyższej która posiada tajemną wiedzę tworzenia. Chodzimy na boso niczym jacyś ludzie-kwiaty, zbieramy to co rodzi ziemia w naszym ogrodzie, czy też to co daje nam w prezencie ocean rozbijający się o brzeg nieopodal. Życie płynie leniwie, bez pospiechu i stresu i urozmaicone jest  jedynie ludźmi, którzy odwiedzają nas tutaj co kilka dni. W oczach tych ludzi widzimy często chęć oderwania się od swoich problemów i spróbowania naszego życia, ale jest to zwykle jakaś iskierka, przebłysk tego co byłoby gdyby… Potem widzimy ich po raz ostatni, objuczonych plecakami i torbami niepewnych, ale jednocześnie podnieconych  tym  co przed nimi…

Wieczorami przesiadujemy przy stole zastawionym tym co akurat mogliśmy przygotować i prowadzimy dyskusje na tematy tak różne, jak ludzie siedzący z nami, ucząc się od nich i mając nadzieję, że my w jakiś sposób uczymy ich również życia, którego próbki doświadczają teraz z nami. Jedni przyjeżdżają inni odchodzą, ale wszyscy przynoszą jakieś historie, których fajnie słuchać  przy piwie wieczorem. Na koniec robimy sobie wspólną fotkę na tle naszego domu. Na niej wesołe roześmiane twarze ludzi ciekawych świata i szczęśliwych, że trafili na to właśnie miejsce. Potem jeszcze kilka wiadomości na fejsie, jakiś komentarz na booking i do widzenia. Zamykamy ten epizod w naszych  życiach. My za chwile poznajemy innych a i oni pewnie siedzą już w innym Białym Domku i słuchają następnych historii. I tak właśnie się to odbywa. Mam chyba największą ilość przyjaciół na świecie. I to nie na pieprzonym fejsie,  ale w realu! Tyle tylko, że są to przyjaciele na kilka dni. I pewnie tak powinno być, bo (poza małymi wyjątkami) nie ma na tyle dużo czasu żeby się pokłócić  i oni uważają mnie zawsze za fajnego gościa  a ja ich za dobrych ludzi.

My z Ranganem mamy taką zdolność, że potrafimy przełamać nawet największych twardzieli. Czasem z powodu zwykłego lenistwa robimy to zbyt późno i oni dołączając do nas wieczorem żałują, że muszą wyjechać następnego dnia rano i nie mogą z nami jeszcze choć trochę pogadać. Za to ci, których atakujemy wcześniej w 90% zostają na dłużej bo nie chce się im stad wyjeżdżać. Jest coś takiego w tym domu że przychodząc tutaj i uwalając się na hamaku każdy ma wrażenie że to jest to miejsce na ziemi, które pasuje do niego jak ulał. Ja jeszcze podkręcam atmosferę świetną muzą  i  takim pozytywnym tumiwisizmem . Chcesz cos zrobić w kuchni? Nie ma sprawy! Chcesz skorzystać z pralki? Nie ma sprawy! Chcesz żebyśmy pokazali ci jak zrobić rice and curry? Nie ma sprawy! Mamy ci kupić piwo w mieście bo akurat jedziemy? Spoko stary!  Chill! Rasta rulez! Ludzie to uwielbiają! Normalnie w hotelach a nawet w guesthousach wszyscy mają ich w dupie i za wszystkie dodatkowe sprawy musza płacić. U nas tak nie ma. A przynajmniej staram się stworzyć takie wrażenie że nie ma. Bo oni oczywiście płacą nam za pokoje i żarcie ale co najważniejsze czynią te powinność niezwykle chętnie, bo wiedza, że zrobili fantastyczny interes trafiając tutaj.  To jedyne chyba miejsce gdzie codziennie na śniadanie dostajesz co innego, gdzie możesz pospać na hamaku słuchając Marleya czy Coltrane’a, gdzie możesz podpatrzeć jak Szef robi dla ciebie rybę i on dokładnie ci pokaże przepis, ba, pozwoli się nawet nagrać na komórce przygotowując te cuda! Gdzie właściciel wskoczy z tobą do tuk tuka i za friko pokaże ci miejsca o których nawet miejscowi nie maja pojęcia, a które są ładniejsze od wszystkiego innego co widziałeś dotychczas w innej części wyspy. Chcesz popływać z rurką ale nie wiesz gdzie masz płynąć żeby zobaczyć błazenka, rekina czy murenę? Chill dude, my ci to pokażemy i nic nie musisz za tę usługę płacić, no chyba że postawisz wieczorem piwko czy arak. Stawiają… Stawiają bo zrobili dobry interes trafiając tutaj!

Takie oto przemyślenia kotłują się w mojej pecynie, kiedy leże sobie spokojnie na hamaku. Jest popołudnie, słońce chyli się ku zachodowi a ja jeszcze jadę do miasta po zakupy. Dzisiaj mamy dwa pokoje wolne i w związku z tym pełen luksus spania na łóżku. Odkąd przyjechałem wszystko było zajęte i ja spałem w holu a Rangan w kuchni. Potem ja przeniosłem się na poddasze, a teraz proszę bardzo- łózko do dyspozycji! Nie wiem na jak długo , być może wcale, jeżeli ktoś dzisiaj jeszcze przyjedzie. Nasza ekipa powiększyła się o jednego człowieka. Człowiek nazywa się Marcin i pochodzi z Polski.  Marcina i jego zonę Ewę poznałem zupełnie przypadkowo tutaj w Little White House, kiedy przyszli zapytać się o pokoje. A było to tak.

Siedzimy z Ranganem w kuchni i jemy śniadanie, a ja wyraźnie słyszę że ktoś mi się szwęda po chałupie. Wychodzę na korytarz a tam dziewczyna stoi i po angielsku zagaja o wolny pokój. No, no, no, no sorry we aint go any rooms. We are fully booked- rzucam na odczepnego. Wchodzę do kuchni a Rangan z pretensjami. Że niby co ja ją tak z buta potraktowałem . No przecież nie mamy wolnych  pokoi to co miałem jej powiedzieć – że na dachu ma spać? No nie ale trzeba było grzeczniej trochę a nie tak od razu no, no, no. Dobra tam, zaparkuj jęzor i kończ jajówę stary. Nie mija 5 minut a do domu wchodzi gość i pyta po angielsku czy może z właścicielem. Słucham. No bo właśnie przeczytałem przed chwilą na airb’nb że właścicielem tego domu jest Wojciech. Czy ty aby z Polski nie jesteś? No jak Wojciech to pewnie że z Polski a co? Bo ja też z Polski. Fajnie! Przechodzimy na ojczysty język . Zaraz też przychodzi dziewczyna  wszyscy siadamy przy herbacie. Okazuje się , że oni są od dwóch miesięcy w drodze. Zwiedzili pół Azji- Tajlandię, Malezję, Indonezję i Filipiny i na koniec postanowili , ze wbiją na Sri Lankę żeby zrobić sobie chill out na plaży. U nas nie mam miejsca więc zatrzymują się w hotelu obok a jak tylko miejsce się zwalnia przychodzą do nas i zostają, zauroczeni domem i ogrodem. Mają samochód więc najbliższe dni spędzamy na odkrywaniu okolic Trincomalee. Cholerka, jestem tutaj rok i nigdy bym nie powiedział że jest tu tyle wspaniałych miejscówek. Odkrywamy nowe, niebiańskie plaże, jakieś prastare świątynie buddyjskie (w tym jedną najstarszą na świecie wybudowaną jeszcze za życia Buddy) urocze wioski rybackie czy też niedrogie wegetariańskie knajpki w mieście. Po jakimś czasie Marcin postanawia nie wracać do Polski tylko szukać czegoś na wynajem tutaj. Oho, widzę że kolega podobny krejzol jak ja! Podjęcie decyzji zajęło mu 5 minut. Chociaż ma bilet to sobie odpuszcza a do Polski wraca tylko Ewa. My zaczynamy działać na dwa fronty- szukamy czegoś na wynajem i sprawdzamy  jednocześnie możliwość wybudowania drewnianych domków u mnie w ogrodzie. Jak to się wszystko potoczy? Nie wiem, ale fajnie że mam towarzystwo w postaci dobrego kolegi, który jak wspomniałem, jest chyba jeszcze bardziej pozytywnie zakręcony jak ja!

Ostatnio braliśmy udział w fajnym wydarzeniu jakim było hinduskie święto Thaipusam. Obszerną fotorelację zamieściłem na fejsie wiec tam możecie obejrzeć zdjęcia. Już dzień wcześniej mama podniecony biegał po podwórku i mówił że jutro o 2 wielkie święto i żeby aparaty brać i na główną drogę bo tam się będzie działo. Dobra jest mama, jutro będziemy gotowi. Mówię wszystkim swoim gościom, że coś takiego będzie miało miejsce a oni są bardzo szczęśliwi, że coś się dzieje i że będą w tym brali udział. Na drugi dzień o drugiej okazuje się że to o trzeciej wiec całe towarzystwo objuczone aparatami i kamerami czeka w LWH bo tam pod palmami chłodniej. Mamy dwie fajne kobitki z Nowej Zelandii z których jedna jest profesjonalnym fotografem i ma aparat z rurą jak lufa pancerfausta , mamy fajnego DJ’a z Niemiec ze swoja dziewczyną (wieczorem puszcza nam swoje sety które wymiatają!) , mamy drugą parę z Nowej Zelandii, gdzie chłopak mówi tak po angielsku, że rozumiemy z tego tylko yes albo no i to tylko wtedy jak się skoncentrujemy maksymalnie. No i całe to towarzystwo siedzi i czeka bo mama powiedział że będzie się działo. Cholera a co jak nic się nie zadzieje?  Wtedy ja mam przerąbane bo za mamą naopowiadałem głupot. O trzeciej zarządzam- idziemy, najwyżej poczeka się trochę. Wychodzimy na główną drogę, a tam nic oprócz straganów gdzie rozdają darmowy sok i wodę. Kiedy procesja ?- pytam straganiarza. O już niedługo, musicie poczekać. Czekamy z 10 minut ale upał tak niemiłosierny że postanawiamy jechać do świątyni Salli Kovil,  gdzie procesja ma skończyć swój przemarsz. Wsiadamy w autobus i za parę minut jesteśmy w świątyni gdzie nic się nie dzieje. Parę starych bab siedzi na podłodze i śpiewa jakieś modlitwy hinduskie, a co kilka minut ludzie przynoszą dary. A to kokosa, a to banana, a to jakiś inny szajs. Siedzimy tam z godzinę bo fajny cień i morska bryza (świątynia jest na plaży) po czym totalnie znudzeni wsiadamy w autobus i wracamy do Uppuveli. Tam na przystanku czeka na nas… mama z rowerem. Macha podniecony łapami, że niby procesja tuż tuż,  po czym łapie mnie za rękę i ciągnie w kierunku miasta. Idziemy jakieś 300 metrów i już widzę niezły kocioł na drodze. Wygląda to mniej więcej tak. Dwa sporej wielkości podnośniki  a na nich dyndają sobie spokojnie delikwenci gotowi na cierpienie w imię boga z trąbą słonia. Wokół podnośników mnóstwo podekscytowanych ludzi tańczących, śpiewających i odwalających różne dziwne harce. Do tego głośna muzyka grana na trąbach i bębnach.  Podchodzimy bliżej. Sceny iście dantejskie! Na pierwszym podnośniku jeden gość wisi na hakach wbitych w jego plecy i nogi. Facet jest raczej w dobrej kondycji bo co chwila się uśmiecha i macha do dziewczyn. Za to drugi- masakra! Nawet nie wisi tylko leży na rękach swoich kolegów podtrzymujących go od dołu. Co kilka sekund próbują go podnieść do góry, ale on mdleje i opuszczają go na dół a następnie wylewają na niego wiadra wody. Facet dochodzi do siebie wiec go znowu podnoszą a on znowu mdleje. I tak w koło Macieju! W końcu udaję mu się polecieć  trzy metry do góry i gębę ma w miarę trzeźwą więc odpuszczają sobie polewanie. Na drugim podnośniku jeden spokojny gość, który już wisi i nie wnosi żadnych pretensji  i drugi zawieszony tylko za dwa haki wbite w barki. I ten właśnie koleś w pewnym momencie przewraca oczami i odlatuje gdzieś w nieznane. Tamci błyskawicznie opuszczają go na dół i polewają wodą . Gościu wygląda jak jakiś zombie- mokry od wody , bezwładnie wiszący z bielmem na oczach. Po chwili sam jednak bierze butelkę z wodą i pije łapczywie. Podnoszą go więc i procesja rusza. Wśród tłumu gapiów młode chłopaki z plecami poprzebijanymi mnóstwem haków, prowadzeni przez innych jak psy na smyczy. Ida spokojnie do momentu gdy muzykanci  zaczynają grać . Wtedy oni zaczynają tańczyć jakiś szalony taniec przy czym mam wrażenie, że im bardziej się próbują wyrwać z tych smyczy i im bardziej ich boli, tym lepiej. Szaleństwo! Procesja posuwa się bardzo wolno. Chłopaki grają- taniec, bujanie na podnośnikach i przystanek. Zaczynają  grać znowu- taniec, bujanie i przystanek. Do świątyni jest 10 kilometrów i nie mam pojęcia kiedy oni tam dojdą. Wygląda na to że będą maszerować do rana. Po jakiejś godzinie dochodzimy do naszej ulicy i opuszczamy to pojebane towarzystwo. Jak to kiedyś Czesław śpiewał- dziwny jest ten świat! A ja szczerze mówiąc, jestem wdzięczny opatrzności, że jest mi dane te wszystkie dziwy zobaczyć na własne oczy!

Następna fajna sprawa- nurkowanie! Zawsze chciałem tego spróbować bo mam kilku przyjaciół nurków i oni mówili że nie ma na świecie nic lepszego. W końcu nadejszła ta wiekopomna chwila kiedy namówiłem Rangana na to żeby  zabrał mnie na nura. Jutro będziemy nurkować. Na Navy Island. Szykuj się Bro! O rany, więc to już jutro! Chodzę podjarany jak dzieciak przed komunią. A co jak spanikuję??? Jak na kilkunastu metrach skończy mi się tlen i nie wypłynę? Co wtedy? No mam niby dobrego przewodnika w postaci Rangana, ale zawsze może się cos przecież wydarzyć! Na drugi dzień rano chodzę już niespokojny, nawet śniadania nie mogę zjeść. Okazuje się że idziemy po południu. Około pierwszej  dostaje pierwszą lekcję teorii nurkowej. Taki znak oznacza to a taki tamto, tu jak naciśniesz to idziesz do góry, ten pas ma cię ściągać w dół, a tak wywalasz wodę z maski, a znowu tak odblokowujesz uszy. Sporo tej wiedzy jak na pierwszy raz! Nie zapamiętam wszystkiego. Jeszcze tylko ankieta na temat mojego zdrowia- jestem zdrowy jak koń więc wszędzie zaznaczam „nie”. Jedynie przy chorobach psychicznych się waham, bo sami wiecie, że takiego świra jak ja to ze świecą szukać!

W końcu wsiadamy na łódkę i płyniemy. Z nami jakieś dwie pierdolnięte Chinki które jadą na snorkeling w kapokach (typowa chińska przypadłość- brak umiejętności pływania- boże jak ja nienawidzę tych żółtych kurdupli- kiedyś opiszę Wam dlaczego!) . Dopływany do Navy. Woda jak zwykle turkusowa a powierzchnia morza płaska jak stół. Dobrze, mruczy Rangan, dobra widoczność… Zakładam sprzęt i pakuję się pod wodę…

Na początku dziwnie trochę. Tak jakbyś miał straszny katar i zapchany nos. Niby można oddychać, ale jest pewien dyskomfort. Muszę co minutę brać głęboki oddech bo ciężko mi się oddycha. Po kilku minutach jednak wszystko wraca do normy. Zaczynam się przyzwyczajać i nie zwracam na to uwagi. Mogę skupić się na nurkowaniu. Rangan trzyma mnie za rękę i płyniemy coraz głębiej i głębiej. Na  Navy Island jest tak, że na początku jest płyciutko i na dnie jest fajny delikatny piasek. Potem dopiero zaczynają się potężne skały pełne tajemniczych zakamarków i małych jaskiń. Więc jak wpadamy w ten cudowny świat jestem tak podjarany, że pokazuję Ranganowi,  że muszę na górę żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Wypływamy a ja robię ostatnie poprawki z maską i biorę parę oddechów żeby się zrelaksować. Po chwili jestem gotowy!  Schodzimy na dół…

Boże dlaczego nie robiłem tego wcześniej? Całe życie uprawiałem sporty walki – po co? Nie mam pojęcia. Ciągle ktoś mi dawał w ryj albo wykręcał nogi i ręce- po jaką cholerę- nie wiem. Dlaczego nie robiłem takich rzeczy jak nurkowanie? Chyba jednak wiem dlaczego. Ponieważ nigdy nie odważyłem się spróbować! Dam Wam dobrą radę. Jeżeli myślicie, że coś w życiu sprawi mam przyjemność, że jest choć cień szansy na to, to tego spróbujcie! Może dostaniecie po dupie, ale nigdy nie powiecie sobie -kurwa mać mogłem tego spróbować a nie zrobiłem tego. To jest najgorsze co może się wydarzyć.

W moich planach na ten rok jest jeszcze- surfing,  wind surfing, monoskiing i  rafting. No i nurkowanie oczywiście (w tym tygodniu jedziemy nurkować w podwodnych jaskiniach na Navy ). I wierzcie mi spróbuje tego wszystkiego, bo na 100% wiem, że nie będę niczego nie będę żałował!

Wracając do nurkowania. To zupełnie inny świat! Cisza zmącona tylko wypuszczanym z naszych płuc powietrzem, ławice kolorowych  ryb pływających naokoło ciebie, potężne muszle, które normalnie możesz zobaczyć tylko w sklepie z pamiątkami, jakieś stwory dziwne, o których istnieniu nie miałeś pojęcia, surrealistyczne rzeźby wykonane przez naturę przypominające potężne kielichy o różnych kształtach i kolorach, olbrzymie skały pełne tajemniczych zakamarków gdzie możesz wpłynąć i obserwować  życie, jakie się tam toczy. I po środku tego wszystkiego ja- mały człowieczek z butlą pełną życiodajnego tlenu. Mówię Wam- w takich warunkach człowiek czuje swoją bezradność w kontakcie z naturą!

Pływamy pod wodą 40 minut aż wskazówka zawartości tlenu wskakuje niebezpiecznie na czerwony kolor. Pora na górę. Rangan pokazuje że już czas a ja w ogóle o tym nie myślę. Siedzę u podnóża jakiejś potężnej 15 metrowej skały (wiem bo pokazuje mi to wskaźnik głębokości)  i zbieram piękne różowe muszle (pakuje je potem w gliniane naczynia i wystawiam w Little White House). Rangan wzywa po raz kolejny i to już rzeczywiście czas na wyjście. Dopływamy do linki na której uwiązana jest nasza łódka i powolutku (trzy kroczki w górę- przerwa- trzy kroczki- przerwa) wychodzimy na powierzchnię. Tu też fajnie bo i turkus i słońce i wiatr i ocean, jednak tam na dole po prostu fajnie inaczej. Wszystkim z całego serca polecam nurkowanie na Sri Lance! Jak przyjedziecie pojedziemy z Ranganem i sami zobaczycie. Z ciekawych rzeczy podwodnych mamy tu zatopioną świątynie Koneswaram (na 15 metrach a więc spoko), Pigeon Island z rafą i rekinami, jaskinie podwodne na Navy Island no i przede wszystkim wraki wojennych okrętów w Batticaloa oddalonej od Trinco o kilka godzin jazdy. A więc jest co robić. Obiecuje Wam że nawet jak nie przyjedziecie to ja te wszystkie miejsca zobaczę i będę Wam zdawał relacje niemal na żywo!

Z aktualnych spraw, które ostatnio się wydarzyła najważniejsza to taka, że mamy drugi dom w Trinco. Rezydencja (bo tak powinienem to coś nazwać jest położona naprzeciwko Little White House. Zawsze chciałem ten dom mieć bo wygląda po prostu obłędnie. Zawsze mieszkał tam pewien Anglik ze swoją chińską dziewczyną ale skończył mu się kontrakt i musiał wracać do Europy. Więc my z Marcinem wykorzystaliśmy okazję i umówiliśmy się z właścicielem, który mieszka w Kanadzie, że będziemy mu to prowadzić dzieląc zyski pół na pół i nie wkładając tam ani złotówki. A ponieważ tam jest do wynajęcia 15 pokoi to kasa powinna być z tego całkiem niezła. No i mieszkać w takim domu to prawdziwa przyjemność. Mamy tam stary park z jeziorem i własny dostęp do plaży co jest sprawą dość ważna bo np. z Little White House trzeba zasuwać nad morze naokoło. Teraz nie ma problemu- 2 minuty i można pływać w morzu. Celowo nie piszę więcej bo chcę poczekać aż się uzbiera też więcej fajnych spraw związanych z nowym domem. Tak wiec następny wpis pewnie o nowym domu, bo będzie się tam w ciągu wakacji sporo działo!